(Wpis zamieszczony 24 grudnia 2017)

13 lipca 2017 Odwiedzający naszą stronę internetową, blog i kalendarium w zasadzie nie potrzebują przypomnienia o tym, co się w ów czwartek wydarzyło. Jak obnażyłem to przy poprzednich datach w wyżej zamieszczonych tekstach, działanie księdza, polegające na całkowitym przejęciu Przedszkola, bezpardonowym wyrzuceniu z niego jego założycielki i prawowitej dyrektor Lucyny Wojeńskiej, uniemożliwieniu jej jakiegokolwiek dostępu do dokumentów i bezwzględnym odebraniu jakichkolwiek sposobności do obrony, było chytrze i pod osłoną zwodniczych ‘ponęt’ i obłudnych min/słów, usypiaczy czujności, zaplanowane oraz zdradziecko przeprowadzone we współpracy z drohiczyńskim klerem i lokalnymi stronnikami, nie wyłączając kilku podatnych na korupcję lub manipulację a nieproporcjonalnie do swych umiejętności ambitnych pracowników Przedszkola.

Ponieważ na poranek tego dnia przewidziana była rozmowa kwalifikacyjna dla dwóch pań ubiegających się o stopień nauczyciela kontraktowego, obecne prócz pani dyrektor Wojeńskiej miały być dwie inne osoby spośród 3 nauczycieli Przedszkola posiadających stopnień nauczyciela mianowanego (dyrektor + ci dwaj nauczyciele to wymagane przepisami dotyczącymi awansu zawodowego nauczycieli quorum komisji kwalifikacyjnej). Jako obserwator (zgodnie z tymiż przepisami) zaproszony zastał też ks. proboszcz (jako przedstawiciel organu prowadzącego Przedszkole). Ks. proboszcz się pojawił, ale nie pojawił się (wymagany przepisami) drugi nauczyciel. W ostatniej chwili okazało się, że nauczycielka nie dojedzie z uzasadnionych powodów zdrowotnych. Spodziewano się, że w jej miejsce pojawię się ja. Ale ja nieco wcześniej niż większość nauczycieli rozpocząłem już urlop (Przedszkole w tym czasie realizowało już tylko ‘dyżur wakacyjny’), zasłużony po intensywnie przepracowanym roku szkolnym bez jednego dnia zwolnienia chorobowego lub ‘zastępczego’ urlopu w jego trakcie. Zacząłem zresztą odczuwać niepokojące mnie nagłe spadki mocy i fale głębokiego i bolesnego znużenia. Ponieważ miałem sporo niewykorzystanych dni urlopowych, postanowiłem spożytkować je do systematycznej obserwacji własnego organizmu. To dlatego p. dyrektor nie naciskała zbytnio na to, abym się natychmiast stawił do Przedszkola, kiedy się okazało, że drugi nauczyciel mianowany nie przyjedzie. Zdecydowała się atoli nie odwoływać rozmowy kwalifikacyjnej i ewentualnie zaliczyć jej przebieg na poczet następnej, gdyby okazała się konieczna po zasięgnięciu odpowiednich opinii formalnych. Powiedziałem jej zresztą, że przecież znam pracę obu pań (przeprowadziłem z nimi niejedną ‘rozmowę kwalifikacyjną’) i nie widzę powodu, dla którego nie miałyby uzyskać owego najniższego w hierarchii nauczycielskiej stopnia awansu zawodowego. Pani dyrektor uznała to za rozsądne.

O, gdybyż podobny rozsądek (Rzymian 12,3) był po stronie tych, których otoczono zaufaniem, życzliwością i wsparciem na drodze do rozwoju i pięknych wyzwań i sukcesów...! Gdyby potrafiły oprzeć się pokusie szukania bezpieczeństwa na drodze układania się i wzmacniania tych, którzy nie mieli żadnego moralnego prawa do wydzierania owoców cudzej pracy i arbitralnego nimi szafowania. Czymże zaniepokojone zadziałały tak przecież nieubłaganie i nieodwracalnie (?) na pohańbienie i odarcie osób jakże zasłużonych, które wypielęgnowały owe owoce ze szczególną miłością, całkowitym poświęceniem i ze szczodrym pożytkiem również dla nich samych, teraz wolących spożywać je z zaborcami...! Czy może czuły się niewystarczająco hojnie obdarowywane przez tych, którym teraz z ich pomocą lub przyzwoleniem bezdusznie, niewdzięcznie i gwałtownie odbierano wszystko, dorobek z pracą i utrzymaniem, niepoliczony a ogromny osobisty wkład moralny, umysłowy i fizyczny, należnie zaskarbiony powszechny szacunek, uznanie i prestiż, i którzy teraz uginają się pod brzemieniem cierpienia, krzywdy i osamotnienia?

Niektórzy uważają, że miernikiem zaangażowania w zdradę jest ustalenie tego, co kto na niej zyskał... Cui bono... I chociaż zyskiem dla jednych jest otrzymanie jakiegoś nieosiągalnego wcześniej (i nienależnego) zaszczytu, dla innych docenienie prestiżowo brzmiącym (choćby i ponad możliwości zobowiązującym) przywilejem, to przecież dla innych, mniej ambitnych, miłośników ‘świętego spokoju’, zadowalająca może być większa swoboda, mniejsza kontrola, luzacki i niewymagający (bezkrytyczny) nadzór, etc... Nie przywiązuję się jednak do tych wyjaśnień. Wiem aż nadto dobrze, że oportunistyczne kalkulacje nawet sprytnych i przemyślnych osób bywają omylone, cóż dopiero przeciętnych. Rzeczy wcale nie muszą być takie, jakimi się wydają. W głębi serca sprzyjam przeświadczeniu o autonomicznym dążeniu człowieka do jedności z Samym Dobrem, Prawdą i Pięknem, o jego zdolności do „zastanowienia się” (Łukasza 15,17;21) i stanięcia w prawdzie. Tak czy owak, nie mam trudności w wybaczeniu słabości i życzę, podobnie jak sobie, takiej łaski rozeznania, jakiej potrzebują, by stanąć w prawdzie. Dlatego nie będę przywoływał ich nazwisk, chociaż jestem przekonany, że na tym właśnie ks. kł. in.(trygantowi) Domirskiemu bardzo by zależało, mianowicie by podzielić się z jak największą liczbą osób odpowiedzialnością za rozbój, grabież i znieważenie, których był chętnym wykonawcą. To dla zmiękczenia swojej odpowiedzialności wycierał sobie gębę ks. Polakiem (owszem, obskurantem i mściwcem, ale umiejącym się zatrzymać i nie akceptującym odpowiedzialności za żadną skrajność) oraz tak gorliwie na lewo i na prawo rozgłaszał i eksponował ‘wolę’ ks. biskupa, którego on jest jedynie (niemalże bezwolnym) instrumentem. Chętnie również gra na nielojalności niektórych pracowników (a pomagała mu w tym bardzo wydatnie, przynajmniej do niedawna, panna Bernaśkiewicz, usta i ręce panny Syed-siostrzenicy, owa super-audytor-i-nie-dyrektor, poprzez zastraszanie, obrzydzanie ze mną kontaktów, banalizowanie wyrządzonych nam krzywd lub poprzez ‘ponęty’ doraźnie okadzające niepewne sumienia).

Po owej rozmowie kwalifikacyjnej przeprowadzonej w ‘niepełnym’ składzie, za drzwiami pojawiły się 2 inne osoby, które miały odegrać rolę świadków i zastraszaczy w scenie drugiej tego dnia, a kluczowej w zamyśle ks. kł. in. Domirskiego. Był to ks. Michał Kisiel, znany z łagodności, oraz p. Walerian Niewiński, znany ze swojej nienawiści ‘do mojej osoby’ (w niedawnej przeszłości, będąc wykonawcą mojego domu, w niezawinionym przeze mnie, a zainicjowanym przez siebie starciu ze mną otrzymał gorzką lekcję za bezczelną nieuczciwość, partactwo i wyzysk pracowników). Zastanawiający jest taki dobór pomagierów księdza w zaplanowanej egzekucji. Miała ona ‘moją osobę’ obejmować, o czym świadczy nieco na skróty sklecony i ‘zbiorczo’ obejmujący panią dyrektor i mnie ‘protokół przekazania’, dokument towarzyszący wypowiedzeniom umów, temu wręczonemu p. Lucynie i temu, którego nie mogli mi wtedy wręczyć z powodu mojej nieobecności i pobytu na urlopie.

Proboszcz tłumaczył obecność obu mężczyzn. Są to świadkowie wręczenia p. Lucynie wypowiedzenia. Na wypadek, „gdyby go nie przyjęła”. Wyjaśnił, że p. Niewiński jest przedstawicielem Rady Parafialnej. Zadbanie przez księdza o towarzystwo 2 świadków jest samo w sobie dowodem jego rozwagi i w sferze słów godne przyklaśnięcia. Kiedy zastanowimy się jednak, jakim krzyżem okazał się w naszej nieodległej historii jeden z nich, powodem udręki mojej małżonki, p. Lucyny Wojeńskiej, która na sam jego widok doznawała skurczu żołądka, a teraz czuła na sobie jego tryumfujące spojrzenia, kiedy z zamglonym oczyma, drżącymi i niemal bezwładnymi rękoma zbierała swoje gadżety do pudełek i słyszała jak razy bicza szczęk wymontowywanego przez niego z drzwi zamka..., czy nie dostrzegamy po raz kolejny, jak nieczułym i bezdusznym oraz zakłamanym człowiekiem jest nowo zainstalowany proboszcz? Zamieszczamy tu kopię wręczonego pani Lucynie wypowiedzenia (o kłamliwych powodach tam zamieszczonych już pisaliśmy; zobacz też oświadczenie p. Lucyny z 13 lipca w Aktualnościach). Publikujemy też ‘protokół przekazania’, o którym wspomnieliśmy wyżej.

Nie cofnął się przed żadną podłością, by zapewnić skuteczne przeprowadzenie gangsterskiego wywłaszczenia, zawsze ją jednak obłudnie ubierał w szaty obowiązku, słuszności i woli wielkiego autorytetu. Ani też przed taką podłością - - żeby dla uzyskania większej pewności niewszczynania przez p. Wojeńską skargi sądowej na bezprawność zwolnienia z pracy zastraszyć ją enigmatycznymi świadectwami „pracowników i ich rodzin”, żalących się rzekomo na ‘mobbing’ dyrekcji, które opisał (z właściwą sobie jałowością) później miesiąc z okładem w odpowiedzi na pozew do sądu pracy złożony przez p. Wojeńską. Kł. Domirski nie omieszkał wtedy, 13 lipca, oczywiście dodać, że zostały te świadectwa przez tych świadków podpisane. Nie udało się, albo nie miał odwagi, sprokurować takich „podpisanych” świadectw w sierpniu, więc zadowolił się swoją opinią ‘na temat’ tych dwóch (!) rozmów, która zasługuje na taką samą reputację, co jego prostackie działania. Publikujemy te późne jego elukubracje. Nie daję wiary insynuacjom księdza o celu tych ‘wizyt’ jako skardze na rzekome zastraszanie pracowników przez ‘dyrekcję’. Absurdalne jest stawianie takich zarzutów właśnie p. Lucynie i mnie, osobom, które nigdy wobec nikogo gróźb i szantażu nie stosowały (a co najwyżej perswazję, prośbę lub ostrzeżenie), i to w obiektywnej sytuacji napięcia spowodowanego nie przez kogo innego niż sam kł. in. Domirski, do którego z kredytem zaufania, będąc w rozterce i nie rozumiejąc pryncypiów całej sprawy, w słabości i naiwności (z których oceny współczująco zrezygnowałem), z prośbą o łaskawe wobec pracowników Przedszkola działanie te dwie osoby się zwróciły (a raczej jedna, bo ta pierwsza pojawiła się z inicjatywy swego męża). Jeżeli więc napięcie spowodowane groźbami kł. in. Domirskiego wobec ‘dyrekcji’ i przedszkola powodowało nieuniknione w kobiecej emocjonalności, a nawet słuszne obawy oraz egzystencjalny lęk, jakiejż przewrotności trzeba, żeby winę przerzucić na samą ‘dyrekcję’, mało tego, nazwać to ‘mobbingiem’! Cóż, czy dziwić może, iż człowiek, który sukces Przedszkola uznał za godny ‘żółtej kartki’, nie rozumie powodów gorliwie wdrażanych przez siebie ‘zaleceń’ biskupa, wyraża „brak zaufania” wobec osób, których nie zna – czy dziwić może, że taki człowiek nie rozumie znaczenia słowa ‘mobbing’? Wciąż wydziera ta sama pazerna chytrość podszyta głupotą, zakłamaniem i egocentryzmem...

Kł. in. Domirski okazał swoiste przywiązanie do ‘legalności’ i ‘słuszności’ również w tym, że pokazał i pozwolił skopiować dwa dokumenty poświadczające jego ‘uprawnienia’ do realizowanego właśnie planu wynikającego z ‘wytycznych’ drohiczyńskiego biskupa, w szczególności zaś do zwolnienia dyrektor Wojeńskiej. Jeden to zaświadczenie wydane dwa dni wcześniej, tj. 11 lipca, przez Burmistrza Bielska Podlaskiego o zmianie wpisu do ewidencji placówek oświatowych, a mianowicie wykreślające ks. Polaka, a na jego miejsce wpisujące ks. Domirskiego jako reprezentanta organu prowadzącego Przedszkole Karmelki, którym jest Parafia p.w. MB z G. Karmel.

Drugi – i tu uwaga uwaga – to dekret sygnowany na 6 lipca (a więc dzień opisanej wyżej rady pedagogicznej z jej postulatem partnerskich rozmów na temat rozwiązań statutowych dla przedszkola), ułożony w imieniu biskupa drohiczyńskiego przez jego wikariusza, ‘ustanawiający przewielebnego’ kł. Domirskiego ‘dyrektorem’ Przedszkola Karmelki! Czysty akt arbitralnego woluntaryzmu ze strony aroganckich jaśniepanów hojnie i niefrasobliwie dysponujących dorobkiem cudzej pracy i życia ofiarnych, skrzętnych i gorliwych parafian. Pisaliśmy już o tym, że ów dekret nie ma żadnej mocy prawnej wiążącej dyrektor Przedszkola, nie jest on oparty na żadnych przepisach kodeksu pracy lub prawa oświatowego. Owszem, zupełnie się nie liczy z prawem polskim, któremu podlegają takie placówki oświatowe, jak Przedszkole Karmelki. I nie ma żadnego znaczenia, czy są one publiczne, czy niepubliczne. Muszą stosować polskie prawo, bo zostaną wykreślone z ewidencji i nie otrzymają dotacji państwowych! Można więc ów dekret traktować co najwyżej jako laurkę dla kł. Domirskiego oraz pożądaną dla niego aprobatę dyrektorowania w sytuacji wakatu na tym stanowisku (co mogłoby godziwie nastąpić np. po przejściu p. Lucyny na emeryturę, czyli za niecałe już 3 lata!) A jednak kł. Domirski się nim podparł, usprawiedliwiając wydalenie prawowitej dyrektor, a raczej się nim pochwalił, dowodząc, że jest pozbawiony krytycznego myślenia, przyzwoitości i szacunku dla inteligencji parafian. Z porównania obu w/w dokumentów wynika, że dla drohiczyńskich wyrośniętych dzieci z biskupimi pieczątkami ‘przewielebny’ mógł zostać ‘dyrektorem’ w każdym czasie, na zew ich chętki i igraszki, oczywiście więc nawet zanim legalnie został (zgodnie z obowiązującymi przepisami) reprezentantem organu prowadzącego Przedszkole...

„Chłopcy, przestańcie, bo się źle bawicie! Dla was to jest igraszką, nam idzie o życie” [biskup I. Krasicki, Bajki nowe, Dzieci i żaby]...

Ciąg dalszy niebawem...