Kalendarium wydarzeń

Kwiecień 2017

W niniejszym artykule przedstawimy chronologię wydarzeń ściśle związanych z obecnym stanem rzeczy w przedszkolu Karmelki, a więc poprzedzających i konstytuujących zbójeckie przejęcie przedszkola przez proboszcza Domirskiego, obnażających prawdziwe motywacje protagonistów i aktorów towarzyszących, portretujących ich umysłowość i kwalifikacje duchowe, uwidoczniających zło moralne i szkodę, jaką ci wyrządzali przedszkolu i jego docelowym beneficjentom, rodzicom, ich dzieciom i nauczycielom. W odnośnikach towarzyszących poszczególnym pozycjom zamieszczamy współczesne tym wydarzeniom, wyjaśniające je, dokumenty rzucające zarazem światło na heroiczne wysiłki obrony pięknego dzieła wysokojakościowego wychowania małych dzieci na ich drodze do kompetentnego i odważnego zmierzenia się z rzeczywistością szkolną.

7 kwietnia 2017  Wypowiedzenie umowy o pracę (nominalnie) dozorcy-palaczowi i pracownikowi przedszkola, a w istocie pracownikowi parafialnemu (kościelny, grabarz), świadczącemu w płatnym (przez przedszkole) czasie pracy nieodpłatne (lub dodatkowo płatne) usługi dla parafii, proboszcza i na cmentarzu parafialnym. Z wydarzenia została sporządzona przez p. dyrektor notatka (zobacz). Rzecz została również szczegółowo opisana w liście p. L. Wojeńskiej do ks. biskupa T. Pikusa z 25 kwietnia 2017 (zobacz), doręczonego 26 kwietnia osobiście biskupowi przez 5 nauczycieli przedszkola Karmelki (pierwsza część tego listu).

8-11 kwietnia 2017 Pierwsza fala szykan ze strony ks. proboszcza Polaka wobec p. Lucyny Wojeńskiej. Swoim histerycznym, gwałtownym, a nawet brutalnym zachowaniem wywiera psychiczną presję na p. dyrektor i stara się odzyskać utraconego kościelnego, dając dowód, że zupełnie mu nie zależy na dobru przedszkola, a jedynie na pieniądzach przedszkola. ‘Miało’ ono opłacać już bez żadnych obsłonek i pozorów (jakoby dozorcy przedszkola), kościelnego-grabarza, na którego ks. Polak chyba już nie miał pieniędzy w związku ze swoimi ekstrawaganckimi i nie liczącymi się z kosztami ‘inwestycjami’. Proboszcz Polak nie zdobył się na najprostszy akt negocjacyjny, nie podawał żadnego uzasadnienia, a jedynie groził (zwolnieniem p. Lucyny z pracy), krzyczał, rzucał rozkazy i ultimata. Sprawa ta opisana jest w przywołanym wyżej liście do biskupa. W dniu 11 kwietnia p. Lucyna zebrała Radę Pedagogiczną, na której oprócz agend organizacyjno-przedszkolnych omówiono sprawę reakcji proboszcza na decyzję kadrową p. dyrektor. Jej przebieg streszcza protokół z RP z dnia 11 kwietnia. Podjęto też na niej uchwałę w obronie p. dyrektor, którą poparli wszyscy nauczyciele.

12 kwietnia 2017 (środa) Ks. Polak dzwoni do p. L. Wojeńskiej i w sposób gwałtowny wywiera na nią naciski, znieważa ją i skłania do zwolnienia się z pracy. Nieco o tym w w/w liście do biskupa. ‘Przerwa’ w szykanach podczas Wielkiego Tygodnia i Świąt Zmartwychwstania Pańskiego (13.04.2017 –Wielki Czwartek -17.04. 2017 – Poniedziałek Wielkanocny)

21 kwietnia 2017 (piątek) Po Świętach Wielkanocnych na p. Lucynę próbują wywrzeć presję prócz księdza też i inne osoby z jego otoczenia. Skupię się na wizycie p. Wojciecha Jaroszki dnia 21 kwietnia. Będący członkiem rady parafialnej p. Jaroszko wyraźnie i bez obsłonek wyrażał zdanie, że Przedszkole za mało pomaga Parafii i że przesadą ze strony p. Wojeńskiej jest postrzeganie w działalności przedszkola jakiejś ‘nadzwyczajnej misji’. Jest ono, jak twierdził, ‘własnością parafii’ i powinno przysparzać jej korzyści, ulgi w ponoszonych przez nią wydatkach. Przy czym, dla jasności trzeba zaznaczyć, nie miał na myśli wydatków Przedszkola (bo ono z nawiązką je pokrywało), ale wydatki Parafii zarządzanej ‘szczodrą’ ręką proboszcza H. Polaka i takich ludzi jak on sam. Stąd jego niewybredny nacisk, czy to w rozmowie telefonicznej, czy podczas osobistej wizyty w Przedszkolu na p. dyrektor w sprawie nieszczęsnego ‘dozorcy-palacza’. Bagatelizował więc dokonania dyrektor i rangę prowadzonego dzieła edukacyjnego na tle priorytetów parafii, ganił (jego zdaniem) pochopność decyzji zwolnienia ‘dozorcy-palacza’. Prosił o danie ‘pracownikowi’ jeszcze jednej szansy. Zupełnie nie przyswajał argumentacji, którą p. Lucyna wyraziła w sporządzonej i przywołanej wyżej notatce (zobacz) tudzież w przywołanym niżej wyjaśnieniu (zobacz), czy też, dalej, w odpowiedzi udzielonej proboszczowi. Rzecz cała zaczęła już budzić niesmak, którego atoli nie odczuwali ludzie pokroju p. W. Jaroszki: należy dać jeszcze jedną szansę zawłaszczonemu przez proboszcza i przez niego zdemoralizowanemu pracownikowi (nie poczuwającemu się do świadczenia pracy na rzecz pracodawcy, czyli Przedszkola) po to tylko, żeby tamten nie musiał go formalnie zatrudniać i wydawać na niego złotówki. Zapłacić ma Przedszkole, korzystać Parafia (a więc i jej organ zarządzający, czyli Proboszcz). W rozumowaniu p. Jaroszki byłoby to fair, bo przecież ‘parafia jest właścicielem przedszkola’ lub, jak kto woli, pozwala mu istnieć i prosperować!

Tego samego dnia, przed godz. 16.00, do gabinetu dyrektora przychodzi wyraźnie wzburzony i zdenerwowany ks. Polak. Żąda wydania mu wszystkich dokumentów z ubiegłych lat. Pomimo wyjaśnienia księdzu, dlaczego nie może ich zabrać z miejsca ich przechowywania (choć oczywiście może je tam przeglądać i podpisywać poszczególne rachunki), nie chce słuchać. Siłą wydziera przypadkowy segregator. Robi to brutalnie, popychając na oślep p. dyrektor. Szczegółowy opis skandalicznego (z oznakami desperacji atoli) zachowania księdza wraz z okolicznościami zawarła p. Lucyna w sporządzonej notatce (zobacz). Ponieważ ksiądz oskarżył ją o narażenie dzieci na chłód z powodu zwolnienia dozorcy-palacza i zażądał pisemnego wyjaśnienia (niewątpliwie w celu oparcia na nim planowanego w gronie swoich zauszników i sprzymierzeńców wypowiedzenia p. Lucynie umowy o pracę), p. dyrektor takie wyjaśnienie (zobacz) napisała w tym samym dniu. Zostało mu ono przekazane z odpowiedziami na pisma proboszcza z 24 kwietnia 2017, podczas jego finalnej, tym razem jednak formalnie przygotowanej, ofensywy, o czym poniżej. Księdzu zależało (wtedy, podobnie, jak już w bardziej cywilizowanej formie 3 dni później – zobacz poniżej) na tych dokumentach z dwóch zasadniczych powodów: po pierwsze, wyłuskanie choćby najmniejszego haka świadczącego o niefrasobliwym wykorzystywaniu przez p. dyrektor środków przedszkola – to powód, wraz z innymi komerażami, do zwolnienia jej z pracy, po drugie zaś, dokumenty te dawały obraz i skalę funkcjonowania przedszkola, a ponieważ ks. Polak nie miał o tym zielonego pojęcia, stanowiły one istotną informację dla osób, których się radził, a zwłaszcza dla osoby już wtedy najprawdopodobniej typowanej na ‘zastąpienie’ p. Wojeńskiej. Myślę tu o p. H. Bernaśkiewicz, którą mógł zarekomendować, jako w tym roku odchodzącą na emeryturę, sam p. Romuald Margański, dyr. „mechaniaków”.

24 kwietnia 2017 (poniedziałek) Ofensywa księdza wspieranego fizycznie przez p. Wojciecha Jaroszkę (ministranta, członka rady parafialnej, RP, i radnego miasta) następuje w poniedziałkowy poranek. Ks. H. Polak w asyście członka RP wręcza 2 pisma-ultimata. Kontekst ich wręczania przedstawiono w przywołanym wyżej liście do biskupa, zaś treść ich w postaci skanu oryginałów i w transkrypcji zamieszczamy osobno dla pisma żądającego przywrócenia dozorcy oraz osobno dla pisma żądającego wydania rozmaitych akt i dokumentów. Ponieważ ks. H. Polak nigdy nie sporządzał żadnych pism, z treści tych, które, sygnowane przez siebie, teraz wręczał, i z faktu towarzystwa, wnioskujemy, że autorem ich był usłużny p. Jaroszko, nieco bowiem różnią się w stylu od tych, które dużo później kierowano do p. Lucyny i do mnie spod ręki p. Bernaśkiewicz  (sygnowane tym razem przez równie ‘niepiśmiennego’ ks. kł. Domirskiego). By oddać sprawiedliwość, należy ocenić te style i sposoby organizacji i panowania nad treścią – na korzyść p. Bernaśkiewicz...

Pomimo absurdalnie krótkiego terminu na odpowiedzi, jakieś 2,5 dnia, p. L. Wojeńska dała je jeszcze 25 kwietnia. Oto linki do pierwszej (odpowiedź na pismo grożące dyscyplinarnymi konsekwencjami za zwolnienie ‘dozorcy’) oraz do drugiej (odpowiedź na żądanie wydania określonych informacji). Jeżeli chodzi o tę ostatnią, ks. proboszcz dostał z nawiązką to, co potrzebne mu by było do wykonania jego statutowych obowiązków wobec Przedszkola (a należy zaznaczyć, że w ciągu ostatnich 5 lat nigdy o takie dane nie prosił i chyba nie wiedziałby, na co by mu się one miały przydać lub jak je czytać), chociaż z pewnością nie było to wszystko, co satysfakcjonowałoby osoby, dla których w istocie ksiądz tych informacji żądał. Byli już po ‘analizie’ wydartych transz dokumentów księgowych, a ponieważ ‘niczego’ nie znaleźli, potrzebowali danych przygotowujących ich do przejęcia Przedszkola.

 Kiedy ci dwaj mężowie przyszli, byłem ze swoimi 6-latkami, z grupą Dam i Rycerzy. Natychmiast jednak pojawiłem się w gabinecie p. dyrektor, aby być świadkiem ‘czynności’ ks. proboszcza w asyście radnego ‘obojga rad’. Ponieważ dramatyczność ich działania polegała właśnie na oficjalnym złożeniu pism-ultimatów (pierwszego w/w oraz drugiego w/w ), poza kilkoma słowami towarzyszącymi temu aktowi nie wyrzekli nic więcej. Proboszcz bardzo się pilnował, by nie powiedzieć nic szorstkiego i był zgoła niepodobny do furiata z minionego piątku. Maskował atoli ogromne zdenerwowanie, bo na wszystkie skierowane do niego słowa odpowiadał ustępliwie i konsensualnie. Nie wiadomo jednak, na ile rozumiał i w ogóle słuchał tego, co się do niego mówiło. Pani Lucyna prosiła o zwrot wydartych dokumentów księgowych. Ja poprosiłem z kolei, skoro jesteśmy już na stopie oficjalnej, o podanie terminu 2 katechez, z których jak dotąd żadnej ksiądz nie przeprowadził, a do końca miesiąca zostały zaledwie 4 dni robocze (zgodnie z umową o pracę, którą ks. Polak zawarł z Przedszkolem kilka lat wcześniej i za którą otrzymywał regularnie, miesiąc w miesiąc wynagrodzenie, był zobowiązany przeprowadzić 2 razy każdego miesiąca po godzinnej katechezie dla nauczycieli; chociaż w ten sposób została mu dana sposobność wywierania wpływu na kadrę pedagogiczną, żadnej katechezy -!- nie przeprowadził przed 24.04.2017, żadnej też po tym terminie...). Był atoli moment, w którym ks. Polak dał pewien upust tłumionego w piersiach wzburzenia. Po skierowanej przeze mnie prośbie (przyznam, stanowczej), spojrzał na mnie wyniośle i zapytał: „A kim Pan jest?” „Jestem zastępcą dyrektora od spraw nadzoru pedagogicznego i właśnie wypełniam swoje obowiązki,” odpowiedziałem. „Aha, dobrze,” odrzekł pogardliwie i zabrał się ze swoim satelitą z gabinetu dyrektora.

25 kwietnia 2017 Sporządziliśmy odpowiedzi na pisma ks. H. Polaka (pierwszą i drugą ). P. Lucyna zaniosła je osobiście na plebanię. Ks. Proboszcz w smsie prosił, by wrzuciła je do skrzynki na pocztę (bo, jak pisał, jest chory), co też uczyniła. W tym samym dniu dołączyłem do 4 innych nauczycielek Przedszkola, które umówiwszy się wcześniej telefonicznie, jechały tego popołudnia (ok. 15.00) do Drohiczyna, by spotkać się z ks. biskupem T. Pikusem. Moją główną intencją było wręczenie hierarsze listu od p. L. Wojeńskiej, dyrektor Karmelek. Panie nauczycielki, pełne niepokojów z powodu działań i słów ks. Polaka oraz zdeterminowane, by bronić p. Lucyny, przedstawiły biskupowi swoje obawy, swoje niezachwiane zaufanie względem swojej dyrektor, opisywały jej trud, zaangażowanie i poświęcenie dla Przedszkola, które stworzyła z niczego dzięki wielkiemu samozaparciu, mozolnej pracy na wszystkich możliwych odcinkach, wlewając entuzjazm i wspierając kolejnych współpracowników, których dobierała, aż osiągnęła poziom tego edukacyjnego dzieła w pełni dorównujący pozostałym przedszkolom Bielska Podlaskiego, a nawet je pod niejednym względem przewyższający. Ks. biskup przyznał, że ks. Polak nie za bardzo chce zajmować się przedszkolem oraz że przyjmuje wobec niego postawę bierną, chociaż często się chwali jego sukcesami. Zgodził się też, że jego styl działania może razić niektórych, bo jako ‘oficer’ WP, ks. Polak przywykł do wydawania rozkazów, przywykł do bycia obsługiwanym i nie przywykł do ustępstw i negocjacji. Zaznaczył przy tym, że przedszkola, podobnie jak i inne tego rodzaju dzieła, nie są istotnymi składnikami parafii. Dla wielu proboszczów, zwłaszcza tych, którzy je ‘dziedziczą’ po poprzednikach, stanowią niewygodne, niechciane obciążenie. Wiele dzieł zakładanych przez jednego proboszcza nie jest kontynuowanych z serca przez następców, którzy w ich miejsce powołują własne, milsze ich sercu. W przypadku przedszkola i w ogóle instytucji oświatowych mają oni zwykle ograniczony manewr działania, bo te podlegają oddzielnym przepisom państwowym. Na koniec obiecał, że uważnie przeczyta list p. dyrektor. Kiedy tak dziś analizuję to, co wtedy powiedział ks. biskup, mam nieodparte wrażenie, iż to, co zrobił kilka miesięcy później (lub do czego dopuścił w działaniach swoich urzędników), uczynił w pełni świadom naruszeń obyczajów i prawa, które spowodowano (począwszy od kuriozalnych ‘zaleceń’ w protokole powizytacyjnym, jak i w żyrowaniu posunięć kł. Domirskiego kulminujących w jego zwolnieniu z pracy p. L. Wojeńskiej), a także – niestety – nie myślał o przedszkolu jako o dziele tworzących je ludzi, członków Kościoła, i dziele paralelnym do pracy duszpasterskiej, ale raczej jako o spadku, z jego wszystkimi zobowiązaniami i przychodami, dla kolejnych zarządców parafii. Dziś mogę ze smutnym przeświadczeniem powiedzieć, że myślał o naszym przedszkolu (i póki co wciąż tak chyba myśli) jako o beneficjum parafii, rodzaju feudalnego tytułu proboszcza do przychodów, korzyści i premii. Aspekt edukacyjny, formacyjny, ewangelizacyjny wypadał

marginalnie.

26 kwietnia 2017 Ponieważ ks. Polak dotąd nie zwrócił wydartych przemocą dokumentów zawierających dane wrażliwe, które powinny pozostawać pod nadzorem administratora danych, ponieważ również znana była jego niefrasobliwość w postępowaniu z dokumentami (darcie dokumentów związanych z nielubianymi osobami, porzucanie w przypadkowe miejsca, niechęć i brak przyzwyczajeń w zakresie dobrych praktyk archiwizowania, nieznajomość procedur urzędowych i kancelaryjnych, poleganie w sprawach urzędowych wymagających korespondencji na innych osobach, etc.), a także z powodu dobrze uzasadnionych przeświadczeń, iż dokumenty te okazuje osobom niepowołanym, które nie zostały zgodnie z ustawowymi procedurami wyznaczone na audytorów Przedszkola (nie zapowiedział ani też nie prowadził żadnej oficjalnej kontroli), p. dyrektor postanowiła, skoro zawodziły środki perswazji słownej, wystosować do proboszcza oficjalne pismo żądające zwrotu dokumentów (zobacz). Zawarła w nim również wezwanie do poważnego potraktowania przez proboszcza swojego urzędu jako reprezentanta organu prowadzącego przedszkole (którym jest parafia) i zatroszczenie się o grupę eksterytorialną (tj. prowadzoną poza ‘klasztornymi’ murami przedszkola), którą - w odwecie za ‘wyrzucenie dozorcy’ – bezdusznie, bezceremonialnie i legalistycznie wyrzucał ze swojej plebanii ze skutkiem od nowego roku szkolnego (czyli za 4 miesiące). Tak zapowiedział nie pozostawiając wątpliwości co do tego, że nie zamierza szukać tej grupie innego miejsca, a czasu na przygotowanie nowego lokum pozostało niewiele. Przykład wystosowywania oficjalnych pism dał sam proboszcz, który przy pomocy swojego skryby i doradców przedłożył 24 kwietnia dwa oficjalne pisma, o których mowa była wyżej. Postanowiliśmy nie rzucać słów na wiatr, toteż z powodu braku odzewu ze strony proboszcza w sprawie ‘katechez dla nauczycieli’, postanowiliśmy prosić księdza, w sposób bardzo delikatny oczywiście, aby skończył tę farsę mającą na celu podwyższenie i tak już sutej ‘wojskowej emerytury’ poprzez wyciąganie pieniędzy z przedszkola (niewielkich wprawdzie, ale na przestrzeni kilku lat uzbierała się niemała sumka, z której proboszcz skorzystał nie ruszając palcem). Pani Lucyna, ponieważ były to każdorazowo sumy niewielkie, znosiła taki stan rzeczy mimo braku widoków na gotowość księdza na formacyjne spotykanie się z gronem nauczycielskim, bo niezręcznie jej dotąd było, dopóki miała nadzieję na w miarę ‘spokojne’ relacje z popędliwym księdzem, prosić go o zaprzestanie tak ambarasującego zatrudnienia. W obecnej sytuacji jednak, kiedy do swojej zastarzałej, moralnie wątpliwej sytuacji pracowniczej (atoli o małych co do szkodliwości reperkusjach) dodawał drugą, związaną z ‘dozorcą przedszkola’, o ogromnym kalibrze moralnego i finansowego rażenia, przyłączyła się do mojego protestu co do utrzymywania fikcyjnych usług formacyjnych i wystosowała również pismo (zobacz) w tej sprawie. Miałem nadzieję, że uczciwe przedstawienie księdzu naganności tego obyczaju, wynikającego z jego niefrasobliwych i nieodpowiedzialnych nawyków hierarchicznych, może być dla niego źródłem refleksji, otrzeźwienia i być może choćby bladego zrozumienia całkowitej niestosowności jego obecnych żądań. Trafiłem w czuły punkt ‘oficera’, ale to nie wystarczyło do osiągnięcia pożądanego skutku, którym powinno być oprzytomnienie ‘pułkownika’...

28 kwietnia 2017 (piątek) P. dyrektor otrzymuje z rana telefon od proboszcza ks. Polaka wzywający ją do stawienia się wraz z dwoma swoimi zastępcami ok. godz. 11.00 w salce katechetycznej Karmelu na spotkanie z ks. biskupem. Nasza trójka przybyła tam pierwsza. Niedługo potem przyszedł ks. Polak i ks. biskup, któremu towarzyszył ks. K. Mielnicki (o którym ks. Polak mawiał kiedyś, że jest jego ‘przyjacielem’), kurialny dyr. od katechetów i katechez (oraz dziwnie też ‘przydzielony’ do ‘szkolnictwa katolickiego’, z którym atoli nie miał nic wspólnego, albowiem w kurii drohiczyńskiej nie prowadzi się żadnych ‘szkół  katolickich’, zatem owo ‘szkolnictwo’ mogło się tyczyć jeno prac katechetów i z nimi w istocie ks. Mielnicki miewa do czynienia; należy dodać też, iż mimo przymiotnika ‘katolickie’ przy przedszkolu węgrowskim, nie znajduje się ono w rejestrze katolickich placówek edukacyjnych, oczywiście też i Karmelki się do nich nie zaliczały i raczej wciąż się nie zaliczają, mimo skwapliwego przybrania nobliwego i zobowiązującego przymiotnika). Ks. Mielnicki notował przez jakiś czas przebieg spotkania (zauważyłem atoli, że głównie wypowiedzi biskupa). Ks. Polak wyglądem i zachowaniem sprawiał wrażenie do głębi poruszonego. W swoich wypowiedziach tworzył o sobie obraz człowieka sprawiedliwego, zasłużonego i źle potraktowanego. Oskarżał nas o niesłuszne, nieczułe i konfrontacyjne zwolnienie ‘dozorcy’. Ks. biskup, który wzywał obie strony do powściągliwości we wzajemnym ocenianiu się i do ustępliwej gotowości osiągnięcia porozumienia, przyłączał się do wyrazów współczucia dla pracownika, który jego zdaniem, był w całym sporze ‘najmniej winną osobą’, a nawet ofiarą nieporozumień i zaniedbań ze strony proboszcza i dyrekcji przedszkola (tego ostatniego nie wyartykułował wyraźnie, niemniej można było to łatwo z jego wypowiedzi dorozumieć, ale ponieważ powody zwolnienia były aż nadto porażające, więc tego wątku nie można było bez wprawiania nas w zdumienie zbyt wyraziście prowadzić). Ks. Polak we wszystkich kwestiach zajmował nieprzychylne stanowisko poszkodowanego i urażonego hierarchy. Ks. biskup podpowiadał mu więc ‘jakieś’ rozwiązanie, z którym proboszcz, jak np. możliwością zatrudnienia dozorcy-kościelnego przez parafię, wyniośle się godził (jego słowa: ‘Nie ma problemu!’) Ks. biskupowi, który przyznał, że powodem tego spotkania jest wstrząs, jakiego doznał po lekturze listu  i załączników oraz że chociaż wiedział o ogólnej bierności ks. Polaka wobec Przedszkola (‘nie wtrącał się do niczego’ – chociaż to akurat przedstawiono niemal jako cnotę!), zaskoczyła go jednak informacja o ‘pracy’ ks. Polaka, której nie wykonywał, choć za nią pobierał wynagrodzenie. Podczas gdy ks. Polak okazywał teraz dodatkowe wzburzenie (‘Nie mam wyrzutów sumienia, bo wiele robiłem dla Przedszkola’, mówił powołując się na ‘tony rozdanych dzieciom cukierków i ciastek’), ks. biskup, bez najmniejszej negatywnej oceny swego podwładnego, atoli skierował do mnie kilka gorzkich uwag typu „Nieładnie wypominać takie rzeczy”. Może nieładnie – pomyślałem – ale chyba jeszcze mniej ładnie jest bronić czynnie lub biernie takiej praktyki i odwracać kota ogonem! P. dyrektor L. Wojeńska była wyraźnie zasmucona, cicha i zgadzała się na wszystkie wynegocjowane ustępstwa ‘pracownicze’, dotyczące ‘dozorcy’ i ks. Polaka-‘katechety’. Ks. Polak ze swojej strony zapewnił, że zwróci pieniądze, które Przedszkole zapłaci od teraz za następny miesiąc za niego i za dozorcę (‘Łącznie z zusami itd.’, mówił). Jak myślicie, drodzy Państwo, czy została zwrócona choć jedna złotówka? I czy ‘dozorca’-kościelny przepracował jako pracownik parafii choć jeden dzień? Załączamy zwięzłe sprawozdanie z tego spotkania w postaci notatki bezpośrednio po nim sporządzonej. W tym miejscu też dedykuję ks. Polakowi i jego nieodrodnemu następcy, a także wszystkim innym ‘zaangażowanym w sprawie’, Psalm 15: „Kto będzie przebywał w Twym przybytku, Panie, kto zamieszka na Twojej świętej górze? Ten, który postępuje bez skazy, działa sprawiedliwie, a mówi prawdę w swoim sercu i nie rzuca oszczerstw swym językiem; ten, który nie czyni bliźniemu nic złego i nie ubliża swemu sąsiadowi; kto złoczyńcę uważa za godnego wzgardy, a szanuje tego, kto się boi Pana; ten, kto dotrzyma, choć przysiągł ze swoim uszczerbkiem; ten, kto nie daje swoich pieniędzy na lichwę i nie da się przekupić przeciw niewinnemu. Kto tak postępuje, nigdy się nie zachwieje.” Na koniec odniosę się tylko do owego ‘Nie ma problemu’ ks. Polaka. Pomijając jego wypowiedź sprzed dwóch tygodni, w której mówił p. Lucynie, że ‘parafia ma problem, ma duże długi, straciła płynność finansową i dlatego potrzebuje dozorcy na etacie przedszkolnym’, faktem jest, że w czerwcu ów de-facto-kościelny zarejestrował się jako bezrobotny. Czy poradzono mu tak, zapowiadając jego rychły powrót na etat przedszkolny po zwolnieniu ‘dyrektorki’? Należy tak z dużą dozą pewności mniemać, gdyż taki właśnie scenariusz został zrealizowany. Miesiąc zwolnienia p. Lucyny z Przedszkola był miesiącem zatrudnienia w Przedszkolu p. ‘dozorcy’-kościelnego...

Maj 2017 Ks. Polak wyraźnie dystansuje się od Przedszkola, mimo iż robi wrażenie człowieka, który całkowicie złożył broń. Wprawdzie bez zastrzeżeń i zwłoki podpisuje wszystkie dokumenty księgowe, bieżące i zaległe (całe sterty się tego nagromadziło), i w ten sposób bezobstrukcyjnie acz całkowicie biernie i reaktywnie ‘wypełnia’ swoją statutową rolę ‘nadzoru nad całokształtem działalności Przedszkola’, a w szczególności ‘zarządu majątkiem Przedszkola’ (Statut, § 11,1 i 1.6), ale jeszcze podczas spotkania z ks. biskupem 28 kwietnia otwarcie zakomunikował, że do czynności ‘podpisywania’ dokumentów ograniczy swoją rolę organu prowadzącego (parafii, której jest zarządcą). Zresztą niczego się już więcej od niego nie wymagało. Cała lista obowiązków organu prowadzącego z § 11 Statutu (chociażby ten, tak ważny w chwili obecnej, 1.1: ‘zapewnienie warunków do realizacji zadań dydaktycznych, wychowawczych i opiekuńczych’) pozostaje martwym zapisem i musiała być ‘przejęta’ i włączona do aktywności p. dyrektor L. Wojeńskiej. Nie było to bynajmniej żadne novum, bo tylko ona zawsze była proaktywna, ale teraz wiadomo było, że nie ma sensu o cokolwiek księdza ‘nagabywać’. Już nie tylko ‘nie kiwnie’, ale też nie będzie nawet markował, jak najczęściej bywało, ‘kiwania palcem’. Zewsząd słychać było, z czasem nasilające się, głosy o jego rezygnacji z probostwa. Taką decyzję podjął z pewnością dużo wcześniej. ‘Straszył’ nią również, w ramach rozmaitych emocjonalnych presji, p. Lucynę. Z pewnością wiele osób z kręgu jego ‘przyjaciół’, w Bielsku i kurii, w Krakowie i Brukseli, spośród całej jego ‘klienteli’, z serca mu to odradzało lub coś tam doradzało. I oprócz potęgowania w nim teraz zacięcia i złości wobec ‘Wojeńskich’ i Przedszkola Karmelki, które już wręcz ostentacyjnie ostracyzował i pomijał w każdej oficjalnej narracji, nie wzbudzili w nim jednak żadnego pomysłu ani nadziei na łatwe wyplątanie się z sideł finansowych, w które uwikłał parafię, ani siły moralnej do ‘uzyskania pomocy’ z przedszkola poprzez wyrzucenie ‘tych Wojeńskich’, głównych hamulcowych upragnionej ulgi, którą mogłyby parafii, a zwłaszcza jej zarządcy, przynieść przedszkolne, dziecięce pieniądze. Czy ci wszyscy doradcy, którzy patrzyli na ‘biednego, umęczonego księdza’, choćby na chwilę zatrzymali myśl na dzieciach, którym w istocie chcieli zabrać pieniądze, środki przeznaczone wyłącznie na tworzenie warunków ich zdrowego i wszechstronnego rozwoju, w tym na opłacenie takich wysokojakościowych, nierutynowych i skutecznych czynności nauczycieli, które temu zdrowemu rozwojowi w każdej sferze, fizycznej, emocjonalnej, estetycznej, poznawczej, umysłowej i szkolnej, będą sprzyjać? Żeby się jednak zdobyć na taką myśl, trzeba albo kochać dzieci, albo rozumieć społeczny, państwowotwórczy i obywatelski wymiar edukacji, rozumieć też jej decydujący wpływ na kształtowanie odpowiedzialnych, rozumnych, radosnych i szczęśliwych ludzi. Trzeba więc być dobrym i odpowiedzialnym człowiekiem... Nikt nie zmuszał parafii do zakładania przedszkola. Uczynił to, wespół z odpowiednią do tego osobą, p. Lucyną Wojeńską, dobry i odpowiedzialny kapłan, ks. Tadeusz Kryński. Niestety był proboszczem jeszcze tylko przez krótki czas. W tym krótkim czasie nie szczędził sił, żeby wspierać to dzieło, kiedy jeszcze było niewielkie i słabe. Zapewnił mu, poprzez odpowiednią statutową strukturę, autonomiczny zarząd wykonawczy. Nie uległ pokusie ‘dyrektorowania’. Wiedział, że tę funkcję powinna wykonywać osoba dedykowana tej pracy, uczciwa, sprawna organizacyjnie, przyjazna i wyrobiona społecznie, rozumiejąca i dbająca o prawdziwych beneficjentów tego dzieła, tj. rodziców wspieranych w ich odpowiedzialnym zadaniu wychowywania dzieci na dobrych ludzi, a więc właśnie dzieci... Następny proboszcz, a zwłaszcza kolejny zdają się uważać siebie za głównych beneficjentów Przedszkola (jeden z ulubionych ‘bon-motów’ ks. Domirskiego lub jego stronników: „To czyje jest Przedszkole?” zdradza taką właśnie mentalność)... By akurat temu zapobiec ‘dyrektorem’ przedszkola nie powinien być ‘z urzędu’ proboszcz. Ks. Polak gwałtownie wyrażał chęć zostania ‘dyrektorem’ właśnie wtedy, kiedy chciał wymusić na nim ‘tracone’ świadczenia. Pożądliwy ks. kł. Domirski na chceniu nie poprzestał. Z ‘tłustym’ obiektem pożądania łączył się wprawdzie nie najmilszy ‘zaszczyt’ tyrańskiego wypchnięcia łokciami zasłużonych pracowników i ponieważ ‘przedszkolny ingres’ mógł nie być wystarczający, by złagodzić skutki kaca moralnego, mocodawcy sprawili, że wprawdzie z ładnej, ale mało znanej i niezbyt zasobnej, wiejskiej parafii ‘trafiał’ przecież do miejskiego, dostatniego i szacownego Karmelu. A może, skoro gotów był ponieść tak druzgoczącą odpowiedzialność moralną za fanatyczny, bezwzględny i przypominający działanie gangsterów zabór (okrutne usunięcie i bezpardonowe przejęcie ‘dyrektorstwa’), kurialni urzędnicy, tak wyraźnie zaangażowani i znani z imion i nazwisk (w tym oczywiście ordynariusz drohiczyński), roztoczyli przed tym ambitnym kapłanem jeszcze szersze perspektywy kościelnej kariery? Przy tej ilości i kierunku ‘rozsypanych okruszków’ nietrudno dotrzeć do przekonania, że tacy jak on są ‘bardziej zasłużeni i godni’ prałatury niż skromny i przyzwoity kapłan, zasłużony ‘tylko’ w tym, że dobro ludzi przenosił nad dobro trotuarów i elewacji, ale wciąż ‘tylko’ kanonik mimo znacznie dłuższego stażu, którego 5 lat temu zepchnięto z wyniosłego Karmelu do bardziej nizinnego, choć z pewnością szacownego, beneficjum ciechanowieckiego.

16 maja 2017 Ks. biskup Tadeusz Pikus w towarzystwie swojego sekretarza, ks. Tomasza Szmurło, oraz ks. wikariusza Parafii pw. MB z G. Karmel, ks. Michała Kisiela odwiedził Przedszkole w ramach swoich rutynowych ‘kanonicznych diecezjalnych wizytacji’. Ks. Polak był nieobecny, chociaż towarzyszył, zaraz „po nas”, ks. biskupowi „za ścianą”, w Warsztacie Terapii Zajęciowej. Hierarcha został przywitany serdecznie, a następnie oprowadzony po salach przedszkola przez p. dyrektor Lucynę Wojeńską. Dłużej zatrzymał się przy oczekujących go Damach i Rycerzach, prowadzonej przeze mnie grupie 6-latków, z którymi odbył przyjazną pogawędkę. Nasze starszaki żywo odpowiadały na pytania ks. biskupa, dziwiąc się nieco ich łatwości. Potem wszyscy przeszliśmy do auli, gdzie zgromadzone już były wszystkie pozostałe roczniki. Tam popis swoich początkujących umiejętności scenicznych dały 3-latki, po których na deski podium teatralnego ponownie wstąpiły starszaki. Odegrały scenę z Iliady pt. Rada, bawiąc się dworską polszczyzną z epoki stanisławowskiej, a następnie odśpiewały 2 pieśni J. Kochanowskiego: Czego chcesz od nas, Panie oraz Ad Concordiam/Do Zgody (po łacinie i polsku). Ks. Biskup pochwalił dzieci za entuzjazm, pamięć i umiejętności sceniczne, ze wszystkimi zaś przeprowadził pogadankę o uprzejmości i wdzięczności.

Z powyższej relacji wynikałoby, że wizyta ks. biskupa była udana i ucieszyła obie strony. Większość mogła odnieść takie wrażenie. Oczywiście nasza gościnność i przygotowanie dzieci były bez zarzutu. Ks. biskup wyrażał zadowolenie. Uwagi jednak mojej nie mogła umknąć rezerwa, z jaką odnosił się hierarcha do tego, co mówiła o przedszkolu p. dyrektor (np. o trudnościach lokalowych i bardzo skromnych warunkach socjalnych i pracy nauczycieli). Jej wypowiedzi, jak też później i moje objaśnienia inscenizacji dziecięcej, spotykały się z obojętnością i brakiem reakcji wzrokowo-ruchowej ze strony ordynariusza drohiczyńskiego. Nie przeszkadzało nam to, sądziliśmy bowiem, że to z natłoku ‘takich wizyt’ w grafiku biskupim, ale odczuwaliśmy pewien dyskomfort, tym bardziej, że w ciągu całej kilkudziesięciominutowej wizyty ks. biskup nie znalazł ani minuty, żeby z nami lub nauczycielami porozmawiać, o nas, naszych problemach, osiągnięciach, planach. I do tego bojkot ks. proboszcza, obecnego przecież gdzieś tam za murami przedszkola... Czyżby biskup nie potrafił zdyscyplinować swojego podwładnego? A może nie chciał? Wtedy jeszcze tego nie rozumiałem. Dziś w pełni odczuwam sztuczność i nieadekwatność całej sytuacji. Niezręcznie mi jest tu rozwodzić się nad zachowaniem ks. biskupa, ale było w jego wizycie w Przedszkolu Karmelki tyle samo nieracjonalności, co w później dostępnym (w odpowiedzi ks. Domirskiego na pozew p. Wojeńskiej) ‘protokole powizytacyjnym’, który urzędnicy kurialni sporządzili biskupowi na temat jego wizytacji w parafii MB z G Karmel, a zwłaszcza w części odnoszącej się do naszego Przedszkola. Na obliczu wyraz podziwu, na ustach pochwała, ale równocześnie w gestach mimowolnie wyrażonych i (paradoksalnie) tych nieobecnych a brakujących odczuwało się jakąś niechęć i odrzucenie. Aby przygotować Państwo do skonfrontowania się jutro (w moim komentarzu) z podobnego typu napięciem i niedorzecznością tkwiącą pomiędzy częścią narracyjną ‘protokołu’ a jego ‘zaleceniami’, zalecam dziś (tj. 30 listopada) zapoznanie się ze stronami 1,5,6 i 7 owego protokołu udostępnionego przez ks. Domirskiego (jak wyżej). Zastanawiający jest brak stron 2, 3 i 4. Ale o tym nieco w jutrzejszym, grudniowym już komentarzu.

(komentarz, 01.12.2017) Co na temat przedszkola Karmelki mówi nam ordynariusz drohiczyński (należy uznać, że są to jego słowa, ponieważ te niezmiennie są notowane w 1 osobie l. poj.)? Niestety w dostępnej nam ('dzięki' ograniczonej uprzejmości ks. Domirskiego) kopii "protokołu z wizytacji..." brakuje stron zawierających opis wizyty ks. biskupa w Karmelkach. Z tego jednak co przeczytał p. Lucynie Wojeńskiej, dyrektor Przedszkola Karmelki, dnia 3 lipca ks. Mielnicki, ów kurialny dyr. od katechez (po czym żadna kopia tego co odczytano nie została jej wręczona), na specjalnym spotkaniu z urzędnikami kurialnymi i nowowprowadzonym na urząd proboszcza ks. Domirskim, na które została wezwana, by usłyszeć (i tylko usłyszeć...) ‘zalecenia biskupa’ (o tym wydarzeniu napiszemy jeszcze w odpowiednim miejscu kalendarium), wyłania się ładny obraz harmonijnie pracującego przedszkola z świetnie przygotowanymi dziećmi i gościnną dyrektor. Może dlatego opis ten (zamieszczony gdzieś na brakujących w naszej kolekcji stronach 2-4 protokołu) nie pojawia się w dostępnej "odpowiedzi na pozew", bo stoi w rażącej sprzeczności z radykalnymi, jak się okazało, ‘zaleceniami’. Ponieważ nie mamy tego na piśmie, wystarczyć nam powinien punkt 2. owych ‘zaleceń’ na str. 6 Protokołu: „Przedszkola i szkoły na terenie parafii zostały zwizytowane. Ocena o placówkach jest pozytywna.” ‘Zalecenia’, które dalej padają w odniesieniu do naszego Przedszkola, nijak się mają do tego co w zarządczym języku nazywa się ‘zaleceniami’, zwykle pojawiającymi się po opisie stanu faktycznego, na którego mankamenty się wskazuje i uzasadnia pożądane zmiany. A może nie powinniśmy oczekiwać profesjonalizmu w materii sprawozdań od urzędników kurii? Zaraz zaraz, od... ks. biskupa... Bo niewątpliwie to, co napisano w punkcie 7. protokołu „Zalecenia dotyczące Niepublicznego Przedszkola Karmelki”, pojawia się jak ‘delfin w lesie’ (Horacy, Ars poetica). Kiedy po ładnym opisie wizyty biskupa w Przedszkolu p. Lucyna usłyszała ową listę ‘zaleceń’, doznała czasowego ‘pomięszania poznawczego’. Jednym kątem ust się chwali jej dzieło, drugim w istocie skazuje ją samą na niebyt. Którą wersję należało wybrać jako poważniejszą? Z dysonansem tym pozostała do dnia następnego, owego 4 lipca, dnia pierwszej wizyty ks. Domirskiego w Przedszkolu, na której ‘wynikach’ dokonał 10 dni później jej zwolnienia z pracy. Skąd mogła wiedzieć, że ‘pozytywna opinia’ nie jest żadną pochwałą, ‘białe’ nie oznacza białego, a ‘aprobata’ naganę?  Nawet gdyby chciała, nie zdążyłaby w ciągu jednego dnia odpowiednio się według standardów biskupich, których rzecznikiem mienił się ks. Domirski, ‘skalibrować’...

Wróćmy zatem do owego p. 7 ‘zaleceń’. Wymienia się tam powód, dla którego proboszcz ‘powinien’ być mianowany dyrektorem – bo „odpowiada za całe przedszkole” (litera a). Kwestie odpowiedzialności, zgodnie z przepisami prawa oświatowego, reguluje bardzo szczegółowo statut, który rozdziela, zgodnie z dobrą praktyką i prawem oświatowym, kompetencje organu prowadzącego i dyrektora placówki edukacyjnej. Sprawa ta wielokrotnie jest poruszana w naszych dokumentach, etc. W "odpowiedzi na pozew" (dokument ten opublikujemy w odpowiedniej kolejności za jakiś czas) uznaje się fakt, że proboszcz bywa dyrektorem „wielu katolickich placówek edukacyjnych”. Ale czy to jest zwykła praktyka? Absolutnie nie. Właśnie nasz model jest typowy w większości placówek niepublicznych prowadzonych w Polsce przy parafiach. Dajmy przykład: przedszkola, które ma podobny do naszego, pierwotnego Przedszkola Karmelki, adres internetowy, przedszkola parafialnego w Skawinie organem prowadzącym jest parafia/proboszcz, a dyrektorem nauczyciel mianowany przez organ prowadzący, czyli podobnie jak w naszym statucie, z tą różnicą, że wszystkie czynności związane z działalnością przedszkola wykonuje dyrektor, a organ prowadzący nie jest angażowany do niczego i nie jest nawet wymieniany w statucie jako organ przedszkola; w praktyce tak właśnie było i w przedszkolu Karmelki, a takich przyparafialnych przedszkoli jest w Polsce wiele i ‘chcący’ łatwo znajdzie ich przykłady w Internecie. Nie da się dowieść, że proboszcz jest dyrektorem większości przedszkoli tego rodzaju, ani tego, że normalną praktyką jest pozbawianie przez organ prowadzący bez konsultacji, negocjacji i zgody na ‘mocy’ autorytetu niestatutowych organów stanowiska legalnie mianowanego dyrektora i samo-zastąpienie go przez organ prowadzący. Nie ma też dowodu na to, że takie zastąpienia w ogóle mają miejsce. Na pewno to zdanie „odpowiada za całe przedszkole” w odniesieniu do przedszkola Karmelki realizowane było tylko formalnie i na papierze. Całą praktyczną odpowiedzialność, w tym inicjatywę rozwojową, ponosiła p. dyrektor, bo nie poczuwał się do niej organ prowadzący, ks. Polak, który od początku swojego probostwa pozostawiał na niej całą '(pro)aktywną' odpowiedzialność za przedszkole i przejawiał bierną postawę, o ile zaspokajane były pewne jego interesy parafialne (które mogłoby przedszkole zaspokoić, np. zatrudnienie kościelnego na stanowisku dozorcy przedszkola, a także bezkrytyczne pokrywanie wydatków na parafialny opał), a poza tym ograniczał się w swojej kompetencji jako OP do żyrowania inicjatyw i decyzji p. Lucyny (działania reaktywne). W kontekście faktów zdanie to, „odpowiada za całe przedszkole”, jako uzasadnienie ‘zalecenia’ brzmi właśnie nieodpowiedzialnie. Nowy proboszcz mógłby wiele naprawić z zaniedbań poprzednika i być bardziej pro-aktywny, przede wszystkim zaś ulżyć legalnie zatrudnionej dyrektor w tych sferach, do których wg statutu jako przedstawiciel org. prow. jest powołany. O powierzchowności ‘zaleceń’ świadczy też drugi element (litera b), gdzie autor protokołu (ks. biskup?) nie odróżnia statutu, dokumentu opatrzonego odpowiednimi pieczęciami, podpisami i z personalnymi aktualizacjami (w tym ze zmienionym nazwiskiem przedstawiciela org. prow., np. z Kryńskiego na Polaka), który zawsze po aktualizacji jest dostępny publicznie i powinien być w posiadaniu organu prowadzącego (a więc wtedy, podczas wizytacji, w posiadaniu ks. Polaka) – nie odróżnia od samego tekstu statutu, który został zamieszczony na stronie internetowej od samego początku istnienia przedszkola i miał służyć rodzicom jako źródło informacji o celach, zadaniach, obowiązkach, etc., a przez pewnego rodzaju habituację zasiedział się tam, tym bardziej że nikt (w tym ks. Polak) nie zgłaszał nieaktualności tych fragmentów, gdzie z imienia i nazwiska jest wymieniony proboszcz parafii. Być może więc jedyną zmianą, którą należałoby wprowadzić do statutu, byłaby rzeczywiście informacja, że „osobą reprezentującą organ prowadzący przedszkole jest każdorazowy proboszcz parafii”, ale już niekoniecznie czyniąc go „jednocześnie dyrektorem”. W tym też punkcie (litera b) ewidentnie ‘zaleca’ się manipulowanie przy statucie przedszkola tak, by osiągnąć taką semantyczną zgodność, która by usprawiedliwiała całkowite od-autonomizowanie placówki (żartobliwie się przy tym poucza, że parafia nie jest patronem, tylko O-m P-m). Interesujące z punktu widzenia agresywnych działań ks. Domirskiego jest ostatnie ‘zalecenie’ (litera c), z którego wynika znany nam fakt, że nasze przedszkole nie przechodziło żadnych procedur „o których mówi Kodeks Prawa Kanonicznego...etc” i nigdy nie stało się formalnie placówką katolicką. Wiemy, że wiele, jeżeli nie większość takich placówek działających przy parafiach nie zalicza się do takich (‘sklerykalizowanych’, podporządkowanych organom diecezjalnym?) katolickich placówek, w tym pozostałe 2 przedszkola założone w diecezji drohiczyńskiej (nie ma ich wśród placówek katolickich w Polsce, których listę można znaleźć w Internecie). W tym kontekście ‘Zalecenia’ od początku do końca wydają się wykraczać poza kompetencje organu, który je wypowiada (Kuria). Zgodnie z orzeczeniami Sądów (zobacz) biskup nie ma kompetencji wobec parafialnych placówek edukacyjnych założonych na podstawie prawa polskiego (w tym prawa oświatowego). Nie może mianować dyrektorów takich placówek i stawać się ich pracodawcą. Kodeks Pr. Kan. nie ma zastosowania do stosunków pracy w takich placówkach. Od początku funkcjonowania przedszkola wszyscy jego odpowiedzialni pracownicy mieli świadomość, iż obowiązuje ich Kodeks Pracy, Prawo Oświatowe, O ochronie danych, O rachunkowości, etc., ale nie KPKan. Nigdy też nie informowano nas o takim obowiązywaniu. I nie miało to żadnego wpływu na wychowywanie dzieci w duchu katolickim. Za wolność w tym zakresie nie jest odpowiedzialny KPKan, ale właśnie wolnościowe prawo oświatowe Rzeczypospolitej. Toteż na KPKan nie powołują się żadne nasze dokumenty, a zwłaszcza Statut. Kuriozalne jest więc uzasadnianie ‘zaleceniami’ biskupa (i ostatecznie prawem kanonicznym) działań agresywnych, zdradziecko wymierzonych, zamkniętych na rozmowę i negocjacje, i na uczciwe rozpoznanie stanu rzeczywistego. W końcu zaś, nawet jeżeli ks. proboszcz „prawem kanonicznym zobowiązany jest do posłuszeństwa księdzu Biskupowi” (cytat z  „odpowiedzi ks. Domirskiego na pozew p. Wojeńskiej") i zgadza się na jego arbitralne ‘zalecenia’ względem niego, nie znaczy to przecież, że sam może arbitralnie (choćby i pod ‘biskupim przymusem’) łamać polskie prawo pracy, niszczyć przeszkadzające mu ‘urzędy’ (świeckiego dyrektora) i równocześnie zadawać gwałt podstawowym zasadom współżycia społecznego, krzywdząc innych, i to zasłużonych, ludzi.

W tym miejscu chcę zwrócić uwagę na wyłaniający się z tamtych działań ks. Domirskiego obraz jego mentalności: zdawał się on wierzyć (niezachwianie przynajmniej do niedawna), będąc mocno upewniany przez swoich przyjaciół hierarchów i stronników parafialnych, że przedszkole jest składnikiem majątku parafii i należy do beneficjum proboszcza, a nawet, że wszyscy pracujący w przedszkolu pobierają wynagrodzenie od parafii i zupełnie nie rozumiał znaczenia faktu, że pieniądze są znaczone, pochodzą z dotacji państwowych i celowych (edukacyjnych) wpłat rodziców, przechodzą kontrole wszystkich instytucji państwowych i muszą mieć oddzielny od parafii rachunek bankowy. Wielokrotnie mówił, że jest właścicielem przedszkola i że parafia nam płaci. Mówił też (już 4 lipca), że przedszkole powinno podlegać prawu kanonicznemu, a nie świeckiemu. I w tym właśnie kontekście jako na główną podstawę swoich działań wskazywał ‘zalecenia ks. biskupa’. Jest to dowód na to, że wierzył w słuszność tego, co robi, i między bajki należy włożyć jego faryzejskie, z boleściwą miną wypowiadane jęki o swoim działaniu pod przymusem zaleceń biskupich i jego wręcz niechętnym "sprzątaniu po bałaganie innych". Karmelki według tej retoryki były źle zorganizowane (czytaj: proboszcz ma za mało władzy=dostępu do przedszkolnej kasy), nie umiał poprawić tego stanu ks. Polak, ale on, mimo trudności, tego dokona...

Na koniec podam jeszcze jeden przykład ekwilibrystyki retorycznej, umysłowej i... etycznej uprawianej przez ks. biskupa (jego urzędników?) i jego żarliwych wyznawców (ks. Domirskiego), zawartej w nieocenionym protokole powizytacyjnym. Jeszcze raz przeczytajmy p. 20 na str. 5 Protokołu:

Wszyscy nauczyciele Przedszkola Karmelki słyszeli o ‘bon-mocie’ ks. Domirskiego, którym uzasadniając ukaranie p. L. Wojeńskiej, mnie oraz p. R. Sęk pozbawieniem nas naszych stanowisk (roli w Przedszkolu), zwrócił się do nas trojga: „Ks. Polak dostał od ks. biskupa czerwoną kartkę, zatem i wy musicie dostać kartkę żółtą”. (Do tej ‘intelektualnej stylistyki’ przyjdzie nam jeszcze powrócić...) Jak zatem rozumieć wykładnię ks. Domirskiego („wręczenie ks. Polakowi przez ks. biskupa czerwonej kartki”) owej „bardzo pozytywnej oceny ks. biskupa posługi proboszczowskiej i kapłańskiej ks. Polaka”? Jak zwykle, są dwa wyjaśnienia: jedno żartobliwe, drugie poważne. Skoro z Biskupa publicznie żartować nie wypada, pozostańmy przy poważnym. A to pozostawiam Państwu na nadchodzący weekend...

maj-czerwiec 2017 (dodane 04.12.2017) Obiecuję Państwu, że poważne wyjaśnienie wyżej zestawionej sprzeczności zamieszczę najpóźniej wraz z relacją oddechu ks. Domirskiego, który ‘tuż’ po objęciu probostwa Karmelu i po raz pierwszy przychodząc, w dniu 4 lipca, do Przedszkola Karmelki, w pierwszych słowach zamiast okazania bezstronnej chęci poznania czołowych działaczy tego parafialnego skarbu, zamiast wyrażenia uznania dla prowadzonego z takim rozmachem dzieła edukacyjnego, pochwały dla jego twórcy, dyrektor Lucyny Wojeńskiej, dla całego zaangażowanego zespołu, zamiast solennej deklaracji współpracy i umacniania tego dzieła, zamiast zwykłego i przyzwoitego zachowania respektującego zasługi i godność ludzką - - ponuro dyszy groźbami, wyraża dezaprobatę, ‘pokazuje żółtą kartkę’, z góry skreśla współpracę z twórcą Przedszkola, a także ze mną i p. Renatą Sęk, a równocześnie nie podaje żadnego uzasadnienia takich ocen, niczego nie wyjaśnia, a swoje grubiaństwo i impertynencję uzasadnia wyłącznie właśnie ‘zaleceniami’ biskupa. Do owych ‘sprzeczności’ w ‘protokole powizytacyjnym’ (dziś już jednak zapowiadam, niestety nie na korzyść ks. biskupa, że sprzeczności wykluczam, czym równocześnie dowiodę żałosnego załgania ks. Domirskiego), do ‘sprzeczności’ poważnie wyjaśnianych powrócę również w związku z moralnym i prawnym rozrachunkiem ‘dokonań’ parafialno-kurialnych spiskowców. Zobaczymy, jak szczere i co warte były ustalenia z 28 kwietnia, które przy powadze ks. biskupa potwierdzały obie strony (my i proboszcz). Wszystkie postulaty z naszej strony zostały bez zwłoki i dokładnie spełnione. Z tamtej strony  - żaden... Niesłowny i bałamutny ks. Polak ‘ukarany’ zwolnieniem z obowiązków i by mógł korzystać z sutej ‘emeryturki’, a sprawiedliwa i słowna p. dyrektor, na trzy lata przed osiągnięciem wieku emerytalnego i (bardzo skromnej emerytury), zwolniona na zieloną trawkę, szczaw i mirabelki... Spróbujemy i to wyjaśnić... poważnie... Ci z Państwa, którzy to już sobie wyjaśnili, będą mogli porównać nasze wnioski.

Czerwiec 2017  Podczas gdy ks. Polak stawał się prawie niewidoczny i ograniczał ‘kontakty’ z przedszkolem do podpisywania dokumentów przynoszonych mu przez p. księgową, z jego otoczenia rozlewała się w przestrzeń publiczną atmosfera potępienia i wykluczenia ‘Przedszkola’, kulminująca w całkowitym pomijaniu Przedszkola z odczytywanej przez ks. Polaka (wyczerpującej) listy dzieł Parafii, którym za współpracę składał podziękowanie. 25 czerwca, w związku z pożegnaniem ks. Polaka, również w ogłoszeniach parafialnych (pod XII niedzielą zwykłą punkt 9) dziękuje się kilkunastu grupom, wspólnotom i instytucjom – i nie wymienia Przedszkola Karmelki. To samo w istocie robi Domirski w dniu oficjalnego objęcia przez siebie probostwa Karmelu. Od kogo zaczerpnął takie ostracyzujące instrukcje? Od ks. Polaka, urzędników kurialnych czy od samego biskupa?  Przedszkole zostało, jakby według ukartowanego planu, całkowicie odtrącone i nieuwzględnione podczas tych ceremonii, co chyba jest najdobitniejszym dowodem małostkowości i oderwania się od rzeczywistości kapłanów, z których pierwszy brzemię swoich niepowodzeń, zwłaszcza finansowych, ale też, i może przede wszystkim, moralnych, przerzucił na instytucję parafialną wychowującą małe dzieci, z której wcześnie regularnie przez 5 lat i bez skrupułów uzyskiwał wymierne korzyści (por. Kapł. 16,8.10.26), ks. Domirskim zaś najprawdopodobniej nie kierowała inna motywacja niż gotowość do ‘wdzięcznego’ wywiązania się wobec mocodawców i dobroczyńców z wymagań towarzyszących obdarowywaniu go właśnie się aktualizującymi ‘wspaniałymi’ zaszczytami. Przecież nie znał ani p. Lucyny, ani mnie, ani p. Renaty, a przedszkole, zwłaszcza takie jak Karmelki, to prawdziwy unikat, skarb jakich mało wśród ‘proboszczowskich beneficjów’... Do sprawy tej też jeszcze wrócimy...

Sam zaś ks. Polak wrogości wobec Przedszkola w ostatnich tygodniach swego pobytu w Karmelu nie krył. Skoro nie wstydził się nawet rzucić przykrej uwagi w kierunku pozdrawiającej go p. Lucyny Wojeńskiej (wokoło stały dzieci i inni wierni) podczas mszy świętej (kiedy przechodził obok niej udając się do konfesjonału) odprawianej 23 czerwca (piątek) na zakończenie roku szkolnego, nie należy się dziwić, że osoby z jego otoczenia czynnie ‘pracowały’ nad utrwalaniem w umysłach parafian przekonania o ‘krzywdzie wyrządzonej księdzu przez Wojeńskich’. W tym celu rozpowszechniano o Przedszkolu, jego pracownikach, o mnie i p. Lucynie najróżniejsze, najwymyślniejsze i najbardziej wyszukane opowiastki, plotki i zwykłe brednie. W pewnym momencie na topie były m.in. ‘słuchy’ o moich sekciarskich doświadczeniach z czasów młodości. Czynnie rozprowadzał i utrwalał takie ‘(dez)informacje’ p. Wojciech Jaroszko, mój rówieśnik i nierównie gorący stronnik ks. Polaka (o czym już wspominaliśmy, np. przy datach 21, 24 kwietnia).

Należy przy tym zaznaczyć, że mówię o nim jedynie przykładowo. Myślę bowiem, że nie robił tego z czystej nienawiści, choć znam też i taką osobę, która mogła z ogromną satysfakcją mnie szkalować tak właśnie motywowana. Nie wymienię tu nazwisk. Pozostanę przy dość ‘neutralnym’ przykładzie. Pan Jaroszko znał mnie z Liceum (LO im. T. Kościuszki w Bielsku Podlaskim) i wiedział o moich zainteresowaniach biologiczno-chemicznych (sam nieostrożnie i boleśnie uczestniczył w pewnym lekkomyślnie z mojej inicjatywy przeprowadzonym eksperymencie chemicznym), a także, w ostatnim roku nauki (w roku 1980), o moich głośnych i uderzających w polityczną poprawność zainteresowaniach kreacjonizmem, którego dość żarliwie broniłem przeciw ewolucjonizmowi za pomocą argumentacji uzyskanych od... Świadków Jehowy (ŚJ). Potem p. Jaroszko mógł już tylko słyszeć o tym, że związawszy się z ŚJ przystąpiłem do ich sekty. Ale ani tego, ani niczego innego nie mógł już więcej jako rzecz pewną o mnie słyszeć, bo (wbrew ‘zaleceniom’ od ‘swej’ sekty) podjąłem w 1982 r. studia na Uniwersytecie Warszawskim na Wydziale Polonistyki i Katedrze (późniejszym Instytucie) Filologii Klasycznej. Mógł p. Jaroszko atoli słyszeć (ale o tym przecież nie rozpowiada) o bardzo niekonformistycznej mojej drodze w owej sekcie. Człowiekowi z lukami w wykształceniu i o niezbyt dużych horyzontach intelektualnych i duchowych może wydawać się trudna do pojęcia czyjaś chęć do radykalnego zgłębienia swoich korzeni cywilizacyjnych i duchowych oraz to, że młodemu Stanisławowi Wojeńskiemu, obdarzonemu silnym poczuciem tożsamości narodowej, szukającemu we wszystkim niesprzeczności i nie godzącemu się na manipulacje na dłuższą metę nie mógł ‘dogadzać’ sekciarski redukcjonizm poznawczy ŚJ, ahistoryczne, arbitralne i izolacjonistyczne metody interpretacji Pisma Świętego (pozbawione uczciwych odniesień do bogatej spuścizny długich wieków tradycji chrześcijańskiej) oraz ogólna obskurantystyczna niechęć ŚJ do kultury śródziemnomorskiej, na której wyrosły nasze najlepsze cywilizacyjne dokonania. Z pewnością p. Jaroszko jednak wie (choć to wybiórczo pomija), że z sektą ŚJ p. Wojeński od ok. 20 lat nie ma nic wspólnego. Został przez nią ostracyzowany jeszcze w ubiegłym stuleciu za opublikowanie artykułu o błędach chronologicznych Towarzystwa Strażnica, organu ŚJ, o aroganckich spekulacjach będących podstawą fantastycznych, oderwanych od historii i rzeczywistości koncepcji ‘końca świata’. Publikuję tutaj ten artykuł, aby mądrym i żądnym wiedzy pomóc pozbyć się ostatniej wątpliwości, przez ten przykład pokazując, że osobliwych doktryn ŚJ nie tylko od dawna nie uznaję, ale, apelując do rozumu, starałem się chronić innych przed szkodami, które mogłyby one poczynić w myśleniu i wyborach życiowych niektórych ludzi, w tym również aktualnie będących katolikami lub ŚJ.

Tym bardziej nie ma z tą sektą nic wspólnego połączona ze mną sakramentalnym związkiem małżeńskim (ślub cywilny w 1986 r., ślub kościelny w 2006 r. w parafii pw. św. Mateusza na Białołęce w Warszawie) moja małżonka, p. Lucyna Wojeńska (zresztą, podobnie jak on, urodzona i ochrzczona w religii rzymskokatolickiej; wszystkich też troje naszych dzieci jest ochrzczonych i bierzmowanych w Kościele Katolickim).

 A jednak p. Jaroszko, pomimo iż nie może postawić pp. Wojeńskim żadnego zarzutu co do przykładności ich chrześcijańskiego życia, ich uczciwości (a mógł to na wysokim poziomie krytycyzmu sprawdzić, będąc zapewne jednym z ‘księgowych’ pomagającym nielegalnie ks. Polakowi w szukaniu ‘haka na Wojeńskich’ w udostępnianych kapłanowi [lub wyrwanych przez niego przemocą] księgach finansowo-personalnych Przedszkola), ani co do ich kompetencji... zatem mimo iż ich prawość i rzetelność mogłyby zalecać obdarzenie ich nawet jeszcze większym zaufaniem (por. Mat. 25,21), p. Jaroszko nie szczędzi wysiłków, by rozpowszechniać i utrwalać karykaturalnie zniekształconą wiedzę o młodzieńczych próbach i poszukiwaniach dziś już dość ‘wiekowego’ nauczyciela, ‘zastępcy dyrektora Przedszkola Karmelki ds. pedagogicznych, dopytując się przy tym u swoich rozmówców o rzeczy, które mogłyby skompromitować p. Lucyną Wojeńską. Czy p. Jaroszko lub podobne osoby mogą temu zaprzeczyć? Po co to robił/robi? Czy tylko z czystej osobistej niechęci? Doprawdy trudno znaleźć dla takiej uzasadnienie. Z chęci przypodobania się ks. Polakowi, za którego przyjaciela się uważał? To z pewnością, niemniej gorliwość, z jaką to robił, wyrachowanie i nie cofanie się przed utrwalaniem szkodliwych schematów myślowych wśród parafian, wydaje się, iż mają swoje źródło w podobnej psychologicznej (albo moralnej) schemacie-pułapce, w którą wpadł ks. Polak. Wydaje się bowiem, że nie tylko był orędownikiem zmniejszenia obciążenia finansowego Parafii kosztem (i na ryzyko!) Przedszkola poprzez przerzucenie na nie wynagrodzenia Kościelnego, ale również pomysłodawcą (?) i współorganizatorem innych niecnych ‘opodatkowań’ instytucji, którą z taką miłością i troskliwością powoływał i pielęgnował Założyciel, ks. kan. Tadeusz Kryński, poprzednik ks. Polaka w probostwie! O tym może też trzeba będzie w swoim czasie napisać...

Lipiec 2017 (2., 3., 4., 6., 13. lipca 2017)

2 lipca 2017 (dodane 08.12.2017) Zbliżamy się do wielokrotnie już przywoływanych dat 3. i 4. lipca, których ‘treść’ atoli z pewnością została zaplanowana dużo wcześniej, by ‘logicznie’ (wg ‘logiki’ proboszczowskich, kurialnych i świeckich myślicieli-intrygantów) doprowadzić do finalnego zwolnienia z pracy legalnego dyrektor Przedszkola Karmelki, p. Lucyny Wojeńskiej (z czym uwinięto się z dniem 13 lipca). Wszakże dzień 2 lipca w naszych umysłach był wciąż dniem nadziei ujrzenia jaskółek normalności, wiosny nowego ułożenia zdrowych, partnerskich, a zarazem bliskich i serdecznych relacji z nowym proboszczem, który w tym dniu obejmował probostwo Karmelu. Na mszę inauguracyjną, na której mieliśmy go ujrzeć po raz pierwszy, dobrze przygotowaliśmy się, by przywitać go z miłością i solenną obietnicą ścisłej współpracy. „Aktualności” pod datą 02 lipca 2017 opisują nasze powitanie księdza. Piękny obraz z dziecięcej ręki, mój okolicznościowy wiersz, dedykacja i żarliwe życzenia, piękne dziewczęta z Karmelek wręczające cud-wiązankę. Byliśmy tam, czy nas nie było? To oczywiste, byliśmy w kościele, pięknie czcząc ks. Domirskiego. Ale w ogóle to nas nie było... Wśród rozlicznych, dobrych kilkunastu dzieł i dziełek parafii nie zauważono naszego istnienia. Jak już zwróciłem na to uwagę wcześniej, ks. Domirski przyszedł do Karmelu z narracją, którą wiernie, co do joty, przejął od ks. Polaka. Sądzę, że pomysł na nią był z podobnych źródeł, które zrodziły biskupie ‘zalecenia’. Nas nie było! Opis w „Aktualnościach” nie zawiera jeszcze tej ‘iluminacji’, choć złe przeczucia zaczęły już ‘błyskać’ w naszych umysłach.

Jeśli więc nie byliśmy dziełem parafii, jeśli się oficjałowie parafii do nas nie przyznawali, to dlaczego nazajutrz, a zwłaszcza jeszcze następnego dnia położono na nas ręce z wyciągniętymi pazurami, i dlaczego zaraz później chciwie zagarnięto, odcinając protestujących, zastraszając lub korumpując pozostałych? Do pewnego stopnia (dzięki naszym ogromnym wysiłkom sczytywania ‘logiki’ naszych zaborców) sprzeczność tę można wytłumaczyć jedynie założeniem, że zarówno 25 czerwca (pożegnanie ks. Polaka) jak i teraz, 2 lipca (inauguracja ks. Domirskiego), skreślono nie ‘beneficjum’ przedszkolne, ale p. Lucynę Wojeńską, dyrektor Przedszkola, i wspierających ją nauczycieli-zastępców. Powtórzmy zatem: działanie z 3. i 4. lipca było preludium (ultimata, ustawianie pretekstów i generalnie przykrywanie tego mydleniem oczu) prowadzącym do dnia 13 lipca (chyba im się wszystko trochę ponad plan przeciągnęło), czyli upokarzającego zwolnienia p. Lucyny i próby zwolnienia mnie (nieudanego z powodu wcześniejszego rozpoczęcia przeze mnie urlopu, o czym informatorka księdza nie zdążyła się dowiedzieć, stąd jej wielkie zaskoczenie). Trzecią osobę ‘do odstrzału’ udało się na tyle ‘zdyscyplinować’, że ‘potrójny skandal’ okazał się zbyteczny. Ks. Domirski przychodził zatem do Karmelu z punktem nr 1 w swojej agendzie: by usunąć założycielkę Przedszkola, jego pierwszą i zasłużoną dyrektor, p. Lucynę Wojeńską, i ‘jej męża’, wizjonera pedagogicznego, uznawanych za stojących na przeszkodzie do przedszkolnej kasy (mającej się przeistoczyć w parafialne koryto). Zwykłym bałamuceniem jest więc z jednej strony obarczanie winą za kryzys wyłącznie ks. Polaka (w całym dossier wykazuję, że bez kurii drohiczyńskiej i spolegliwego a oportunistycznego ks. kł. Domirskiego – żadnej ‘rewolucji’ i zaboru Przedszkola by nie było), z drugiej zaś posługiwanie się  tymi wszystkimi historyjkami opowiadanymi/rozpowszechnianymi przez ks. kł. Domirskiego i jego stronników: ‘o sprzątaniu po Polaku’, ‘o żółtej kartce dla nas’, ‘o nieprzyjęciu wicedyrektorstwa’, ‘o wyprowadzaniu Przedszkola’, ‘o otwieraniu własnego...’ itd. itp. Nabieranie jednych, ogłupianie drugich, tumanienie tych, uwodzenie tamtych. Poza tym zastraszanie i przekupstwo wg starej wypróbowanej świeckiej a obrzydliwej metody: dziel i rządź... Nie nie, tym razem to nie komuchy, PO czy lokalni aferałowie. To kuria i jej proboszcz...

3 lipca 2017 Pani dyrektor Lucyna Wojeńska zostaje wezwana przed kanclerza i notariusza kurii drohiczyńskiej na plebanię parafii, gdzie w obecności nowego proboszcza, ks. Domirskiego, wikariusza oraz osoby trzeciej, odczytano jej w atmosferze upokorzenia ‘zalecenia księdza biskupa’, skomentowane wyżej pod miesiącem maj (zobacz oddzielny link), z których najistotniejszym był ‘nakaz’ mianowania proboszcza dyrektorem Przedszkola „w trybie natychmiastowym”. I jak już pisaliśmy, kiedy po ładnym opisie wizyty biskupa w Przedszkolu (tej części ‘Protokołu’ niestety nam nie dostarczono w materiałach sądowych) p. Lucyna usłyszała ową listę ‘zaleceń’, doznała czasowego ‘pomięszania poznawczego’. Tam chwalono jej dzieło. Tu w istocie skreślano jej zasługi, anulowano tytuł do uznania, wdzięczności i pamięci...; unieważniano wyrzeczenia, trud i pot...; co gorsza zaś, pozbawiano radości, dumy i godności... Z dysonansem tym pozostała do dnia następnego, 4 lipca, dnia pierwszej wizyty ks. Domirskiego w Przedszkolu, na której ‘wynikach’ dokonał 10 dni później jej zwolnienia z pracy. Nie rozumiała, dlaczego ‘pozytywna opinia’ i generalnie uznanie jej dzieła kończy się w istocie szorstką, pojawiającą się jak grom z jasnego nieba, nie bezpośrednią, ale wyraźnie brzmiącą dezaprobatą, naganą i ... milczeniem?  Nie potrafiła się też mentalnie do takich zagadek, ‘ocen’ i standardów biskupich w ciągu jednego dnia odpowiednio ‘dostroić’...

Poważne wyjaśnienie wyżej zestawionej sprzeczności nasuwa się nieodparcie wraz z analizą języka i zachowań ks. Domirskiego, który ‘tuż’ po objęciu probostwa Karmelu i po raz pierwszy przychodząc, w dniu 4 lipca, do Przedszkola Karmelki, w pierwszych słowach zamiast okazania bezstronnej chęci poznania czołowych działaczy tego parafialnego skarbu, zamiast wyrażenia uznania dla prowadzonego z takim rozmachem dzieła edukacyjnego, pochwały dla jego twórcy, dyrektor Lucyny Wojeńskiej, dla całego zaangażowanego zespołu, zamiast solennej deklaracji współpracy i umacniania tego dzieła, zamiast zwykłego i przyzwoitego zachowania respektującego zasługi i godność ludzką - - ponuro dyszy groźbami, wyraża dezaprobatę, ‘pokazuje żółtą kartkę’, z góry skreśla współpracę z twórcą Przedszkola, a także ze mną i p. Renatą Sęk, a równocześnie nie podaje żadnego uzasadnienia takich ocen, niczego nie wyjaśnia, a swoje grubiaństwo i impertynencję uzasadnia wyłącznie właśnie ‘zaleceniami’ biskupa. Owe ‘sprzeczności’ w ‘protokole powizytacyjnym’, w rzeczywistości pozorne, niestety rzucają ponure światło na Biskupa i jego dwór, równocześnie obnażając żałosne załganie ks. Domirskiego. Nie trzeba studiować bowiem arystotelesowskiej logiki, by ustalić prawdziwy przepływ myśli, tych wyraźnych (explicite) i tych brakujących, ale niezbędnych do uzupełnienia logiki biskupiego dworu (implicite). W istocie bowiem w Protokole i 'zaleceniach' 1) explicite Biskup pochwalił ks. Polaka i bynajmniej nie napiętnował go 'czerwoną kartką' (zatem i); 2) implicite Biskup uznał żądania i zachowania proboszcza względem p. Wojeńskiej za właściwe i prawidłowe, ponieważ popierał finansowe roszczenia proboszcza względem Przedszkola (choć te musiały być skrywane w oficjalnych narracjach); 3) implicite Biskup potępił dyrektor Wojeńską, która zbyt powściągliwie rozwierała przedszkolną kasę przed 'potrzebującym' proboszczem; 4) explicite Biskup uznał potrzebę jej usunięcia i zastąpienia na stałe, każdorazowo, nowym proboszczem. To jest poważne wyjaśnienie owych ‘sprzeczności’ i wypadnie nam jeszcze do nich powrócić w związku z moralnym i prawnym rozrachunkiem ‘dokonań’ parafialno-kurialnych spiskowców. Jak więc szczere i co warte były ustalenia z 28 kwietnia, które przy powadze Biskupa potwierdzały obie strony (my i proboszcz)? Wszystkie postulaty z naszej strony zostały bez zwłoki i dokładnie spełnione. Z tamtej strony  - żaden... Niesłowny i bałamutny proboszcz – ‘ukarany’ zdjęciem z jego barków brzemion obowiązków parafialnych i wysłaniem go na cieszenie się swoją sutą ‘emeryturką’, a sprawiedliwa i słowna p. dyrektor, na trzy lata przed osiągnięciem wieku emerytalnego i (bardzo skromnej emerytury), za swój 7-letni trud, sukces edukacyjny i wspaniały wynik majątkowy – ‘nagrodzona’ ‘czerwoną kartką’ wyrzucenia z pracy.

Już powyższe rozważania wystarczą, by przestać poważnie myśleć o jakichkolwiek deklaracjach, wyjaśnieniach bądź obietnicach ks. Domirskiego. Nic w jego wypowiedziach nie było prawdą. Przyszedł z precyzyjnie uknutą intrygą zawartą w w/w czterech punktach. Mydleniem oczu było mówienie o „czerwonej kartce’ dla ks. Polaka, „żółta kartka” dla nas była w istocie ‘kartką czerwoną’, a chęć jego przejęcia przedszkolnego dyrektorstwa – w rzeczywistości chęcią przejęcia przedszkolnej kasy. I w tym świetle należy czytać całą niemoralną maskaradę, którą rozegra w dniu następnym, 4 lipca, oraz później, 6 lipca, by w akcie trzecim, w dniu 13 lipca, przeprowadzić inscenizację wypędzenia p. dyrektor Lucyny Wojeńskiej, czyli właściwą, docelową kulminację kurialnej intrygi...

4 lipca 2017 Rano, przed godziną 9.00, do Przedszkola przybywa ks. Z. Domirski, widziany wcześniej przeze mnie (a więc ‘poznany’ w sposób bierny i krótkotrwały) tylko raz, na wyżej wspomnianej mszy inauguracyjnej w dniu 2 lipca. Pani L. Wojeńska widzi go zatem po raz trzeci (3 lipca, w ramach krótkiego ‘rytuału’ informacyjnego z udziałem dygnitarzy drohiczyńskiej kurii, został on jej przedstawiony jako ‘beneficjent’ biskupich ‘zaleceń’). Do p. Lucyny, która przyjęła księdza i zaprosiła do gabinetu, dołączyłem również ja i p. Renata Sęk. Wkrótce też dołączyła do nas księgowa, p. Patrycja.

Zarówno ja, jak i moja małżonka przeżyliśmy ponad pół wieku, nigdy jednak nie spotkaliśmy się z tak nieadekwatnym, obcesowym i zwyczajnie nieokrzesanym ‘przywitaniem się’, ‘rozeznawaniem się w sytuacji’ i ‘deklarowaniem programu’ przez potencjalnego zwierzchnika bądź partnera. Normalnie nowy ‘CEO’ (główny oficjał w korporacji), a zwłaszcza będący katolickim kapłanem, duszpasterzem i ojcem duchownym wobec parafian, powinien przybyć do dziedziny poddanej jego odpowiedzialności, pieczy i kontroli z umysłem niestronniczym, żądnym poznania tej dziedziny oraz wszystkich, którzy ją zawiadują, tworzą i wypracowują. Powinien być szczerze zainteresowany istotą, celem i rozmachem ich działania (priorytety), ich dokonaniami, ich umiejętnościami, w teorii (na papierze) i w praktyce (dane bezwzględne i porównawcze). Powinien przedstawić swoje doświadczenie życiowe i poprosić o pomoc w wykorzystaniu go w rozpoznawanej dziedzinie. Może też powiedzieć o swoich priorytetach i szukać możliwości ich harmonizacji z priorytetami rozpoznawanej dziedziny. Z pewnością, w zgodzie ze swoją zasadniczą rolą w parafii, powinien to ‘rozpoznanie (się)’ przeprowadzić taktownie, w duchu miłości, optymizmu i partnerstwa.

Niestety, nie dane nam było tak się zapoznać z nowym proboszczem. Ks. Z. Domirski w pierwszych minutach po wejściu do gabinetu dyrektor L. Wojeńskiej mówi o przejęciu Przedszkola, braku zaufania do pani dyrektor i jej zastępców, o naszym zwolnieniu z pełnionych funkcji, ewentualnym powierzeniu innych obowiązków, i każe dać akta osobowe.

Tak, dzieje się to w ciągu kilku minut, w tej kolejności! Brzmi obcesowo i nieprzyjaźnie, roszczeniowo i grubiańsko, arogancko i lekceważąco. Myślę, że wiele kobiet na miejscu p. Lucyny by się załamało, wpadło w histerię. Pani dyrektor starała się panować nad sobą i pomimo ogromnej udręki, która boleśnie targała jej wzrokiem, słuchem i napięciem mięśni, zdobyła się na próbę bezzwłocznego usatysfakcjonowania swojego przyszłego przełożonego. Otworzyła szafę pancerną, a także wskazała na odsłonięte półki wysokiego na 3.5 m regału z dziesiątkami segregatorów akt i dokumentów.

Ale on sam nie podjął żadnych działań, świadczących o jego zainteresowaniu dokumentami, nie wydał żadnej dodatkowej instrukcji, ani nie wyraził dezaprobaty, że niczego nie dostał do ręki. Zajęły go bowiem zaraz tematy finansowe, pytał o wielkość dotacji, o stan konta, dowiedział się o lokatach przeznaczonych na rekuperacyjny system wentylacji i wyposażenie placu zabaw, etc. Każdej z tych spraw poświęcał kilka minut. Wydaje się, że cały jego pobyt w gabinecie dyrektor nie przekraczał 20 minut. Na moje pytanie, skąd bierze się ów pomysł karania nas taką niełaską, odbierania ‘szafarstwa’ p. Lucynie, odrzucania mnie i p. Renaty i przejmowania działań wykonawczych nad przedszkolem przez księdza, osobę bez doświadczenia i kwalifikacji – każdorazowo powoływał się na ‘zalecenia’ ks. biskupa. Kiedy prosiłem o ich uzasadnienie mówił o ‘czerwonej’ kartce, którą od ks. biskupa dostał ks. Polak, „Przedszkole więc musiało dostać żółtą kartkę”, konkludował. „Konia z rzędem temu, kto tu znajdzie jakiekolwiek wyjaśnienie”, pomyślałem. Niemniej starałem się wciągnąć księdza w szczere i otwarte rozpoznanie sytuacji i równie szczere i otwarte ujawnienie prawdziwych przyczyn. Ks. Domirski okazał się impregnowany przeciw wszelkiemu logicznemu rozumowaniu i przeciw szczerości. Mantrą były ‘zalecenia’ biskupa, „których on jest jedynie realizatorem”. Udało mi się go jedynie przekonać o potrzebie okazania chociaż minimum obiektywizmu i rozmówienia się z nauczycielami, co też uczynił. Póki rozmowy te były ‘gorące’, nie mógł ukryć jednolicie pozytywnego obrazu założycielki Przedszkola, p. Lucyny Wojeńskiej, którą jak jeden mur kadra nauczycielska broniła i się o nią upominała. Kiedy jednak parę tygodni później ‘trzeba było’, już więc ‘na zimno’ stworzyć jakiś ‘dokument’ na potrzeby odpowiedzi na pozew p. Wojeńskiej do Sądu Pracy, ksiądz w przewrotny sposób kleci swoją notatkę (niby) z tych rozmów, tworząc obraz rozchwianych emocjonalnie i płaczących pań, które uspokajały się, gdy zapewniał, że nie stracą pracy. Ogólniki tam zawarte zostały zestrojone z innymi, zawartymi w jego ‘notatce z 6 lipca’ (gdzie rzekomo panie straszono zwolnieniami – czy to przez p. Wojeńskiego – obrzydliwe kłamstwo i absurd – czy to przez księdza, gdy zostanie dyrektorem. Prawda jest taka, że jedna lub dwie panie uroniły łzy, jak to kobiety, zwłaszcza, że dobrze zdawały sprawę z tego, że tym, który groził i zagrażał Przedszkolu, był nie kto inny jak ks. proboszcz. Ostatnio ks. Polak – łzy traumy... Nie chcą powtórki z nowym proboszczem – łzy prośby i nadziei... Jedna się rozpłakała, p. Nomen Cognomen, która rzeczywiście mogła wyglądać na rozchwianą emocjonalnie. Ale szkoda, że ksiądz nie napisał, dlaczego. Otóż, jak sama powiedziała p. Lucynie, p. NC była rozżalona sytuacją, niesprawiedliwym traktowaniem Przedszkola poprzez ‘szerzenie kłamstw w środowisku parafialnym (np. haniebna plotka, że „jedna z nauczycielek prowadzi dom publiczny”), szarganiem imienia wspaniałego dzieła, stworzonego przez p. Lucynę, i które również ona uważa za własne’. ‘Notatki’ Domirskiego nie zawierające żadnych szczegółów dotyczących wypowiedzi nt. przyczyn, poglądów, stanowisk, wiedzy, sprowadzone do oceniających ogólników, są groteskowe i nieużyteczne dla ustalenia rzeczywistego przebiegu opisywanych wydarzeń i rozmów. Z tymi ‘arcy-wytworami sztuki piśmienniczej’ przyjdzie nam jeszcze się, niestety, słowo w słowo zetknąć, więc na razie je pozostawmy w spokoju.

Póki co, jeszcze ‘na gorąco’ i (być może, chciałbym w to wierzyć) będąc pod wrażeniem rozmów z nauczycielkami, ks. Domirski (lub ‘lepsza jego strona’) powiedział, że ma pewien dylemat, mianowicie „bardzo pozytywna opinia nauczycieli o p. dyrektor” każe mu przemyśleć sprawę decyzji kadrowej, którą ma wobec niej podjąć. Mówił też, że porozmawia z kurią (ks. Mielnickim?) o możliwości zachowania przez p. Wojeńską jej dotychczasowych zadań.

Kilka godzin później, tego samego dnia 04.07.2017, ks. Domirski rozmawia z p. dyrektor przez nieco ponad 8 minut przez telefon (o godz. 13.42). Powtarza myśl o przekonującej, doskonałej opinii kadry nauczycielskiej na jej temat. Opinię tę przedstawił decydentom w kurii i wyraził zamiar zatrudnienia p. Lucyny na stanowisku ‘wicedyrektora’.

Pomijając już niedorzeczność tego ‘wspaniałomyślnego’ gestu, zgodnie z którym p. Lucyna (tu cytat z ust ks. Domirskiego) „wykonywałaby wszystko jak dotychczas, a ja byłbym dyrektorem”, pomijając jego groteskowość trącącą gangsterskim prostactwem, należy zwrócić uwagę na bezczelność księdza, który drwi (choć sam pewnie słabo to rozeznaje) ze zdrowego rozsądku ludzi, którzy raczej rozumieją, że zarządzanie instytucją edukacyjną we współczesnej Polsce nie może mieć nic wspólnego z dzieleniem się „postawem czerwonego sukna” (por. rozmowę Bogusława Radziwiłła z Andrzejem Kmicicem, 25. rozdz. I t. Potopu H. Sienkiewicza). Tak czy inaczej o takiej propozycji p. Lucyna usłyszała właśnie ten jeden raz (!), w 8-minutowej rozmowie telefonicznej dnia 04 lipca 2017 o godz. 13.42. Nie bez smutku nad zachłanną chytrością mówiącego, jak wyznała, pomyślała: „Cóż, ‘organ prowadzący’ chce więc nazywać się ‘dyrektorem’. Skoro mam robić to co robiłam, mogę równie dobrze nazywać się wicedyrektorem.” Na pytanie więc, czy się zgadza, odpowiedziała twierdząco. „A co z moimi zastępcami, p. Stanisławem i p. Renatą?”, zapytała jeszcze księdza. Nie uzyskała odpowiedzi. Potem widziała i słyszała się z nim tylko jeszcze jeden raz (!), przed wręczeniem jej wypowiedzenia w dniu 13 lipca, a mianowicie dnia 6 lipca 2017 na Radzie Pedagogicznej, na którą ksiądz został zaproszony, a więc wśród wielu świadków, którzy bardzo dobrze słyszeli, co kto mówił i zapewniam, że nikt nie potwierdzi jakiegokolwiek odrzucenia przez p. Lucynę takiej ‘propozycji’ księdza. Po Radzie rozstaliśmy się z optymistycznie postulowanym planem rocznego status quo oraz wspólnego dopracowywania nowego statutu (co też miał skonsultować z Kurią, która ‘podejmowała ostateczną decyzję’), ale z p. Lucyną nie spotkał się już ani razu, by przedstawić jakieś prawne i statutowe ramy działania mogące doprowadzić do przejęcia przez nią funkcji ‘wicedyrektora’, ani 4, ani 5, ani 6, ani 7, ani 8, ani 9, ani 10, ani 11, ani 12 lipca... 13 lipca wręczając jej wymówienie ks. Domirski mówił: „A mogła pani zostać wicedyrektorem!”  

Jak najkrócej wyjaśnić to dziwne wejście księdza do Przedszkola, jego prostacką strategię zarządczą, zakończoną jednak dużo bardziej zrozumiałym i bardziej ludzkim wahaniem i gotowością do kompromisu? Przecież już we wcześniejszych rozważaniach wydedukowaliśmy ‘przygotowanie’ księdza przez sfrustrowanego ‘uchodźcę’, ‘solidarnych’ urzędników kurialnych i usłużnych ‘księgowych’, wszelkiego rodzaju odtwarzaczy biogramów, donosicieli plotek, instruktorów polityk wokółparafialnych. To oni wedle wszelkiego prawdopodobieństwa tak urobili podatny jak plastelina umysł ks. Domirskiego. Dziwić może tylko to, że jego umysł okazał się tak plastyczny i otwarty na brudny, niemoralny punkt widzenia, na różnego rodzaju intrygi, szalbierstwa, gotowość do wyrządzania ‘świństw’... Wydaje się też, że kurialni bonzowie, notariusze, wikariusze i katecheto-dyrektor, a zwłaszcza ich zwierzchnik, JE ks. prof. bp Tadeusz Pikus, poznali się na tych ‘cnotach i zaletach’ kapłana z wiejskiego probostwa i dobrze wiedzieli o jego gorliwym, posłusznym i bezkrytycznym podejściu do otwieranych przed nim ‘przywilejów służby’.

6 lipca 2017 Po koszmarnie rozpoczętym dniu 4 lipca, wionącemu jednak w drugiej jego części oddechem nadziei na niejasny wprawdzie, ale obiecujący względną normalność kompromis, przyszedł czas słusznych wątpliwości, które wypełniły wieczór, noc i następny dzień. ‘Obietnica’ (‘wicedyrektorstwa’) jawiła się tak niejasno i absurdalnie („Pani wykonywałaby wszystko jak dotychczas [jako wicedyrektor], a ja byłbym dyrektorem”), tak nieodpowiedzialnie i korupcyjnie (nieuzasadniony podział stanowiska), padała w atmosferze kamuflaży i uników wyjaśnień, w przeczuciach nieczystych intencji, dziwacznej ambiwalencji tyrańskiej dezaprobaty i wymuszonej pochwały, że trudno było ganić wrażenie, iż może być srodze omylona i przeistoczyć się w pasmo przykrych niespodzianek... Ks. Domirski jeszcze 4 lipca na tym samym oddechu i w wielkopańskim tonie ‘dymisjonował’ nas, tj. panią dyrektor, mnie i p. Renatę, a zarazem podkreślał, że o Przedszkolu powszechnie panuje bardzo dobra opinia. Przedszkole z bardzo dobrą opinią chce przejąć, ale architektów tej opinii najlepiej wyrzuciłby precz. Zastanawiałem się, czego można się spodziewać po człowieku tak wewnętrznie sprzecznym (albo coś istotnego ukrywającym w sercu). Wtedy też, 4 lipca, ks. Domirski przyparty moją dociekliwością, z którą nijak poradzić nie umiał, dał wyraźnie a tępo do zrozumienia, że ‘nie widzi’ ze mną współpracy. Co więc z wizją i misją Przedszkola, którą nasza trójka współtworzyła, czyniąc z Przedszkola to, czym wtedy było, i które takim właśnie będąc stało się tak łakomym kąskiem, że kuria i jej proboszcz byli gotowi łamać wszelkie konwenanse i prawo, by go ‘połknąć’, wypluwając nas jako niesmaczne i niestrawne dodatki...? Kadrę nauczycielską wyraźnie też zaczął ogarniać kryzys. Swoje źródło miał on z jednej strony w rozpowszechnianej jeszcze w czerwcu ‘opinii’ nt. ks. Z. Domirskiego („dobry ksiądz”, „lubi dzieci”) i rozbudzonej z nią nadziei na powrót do spokoju i normalności, z innej  - - w zmęczeniu długotrwałą udręką zainicjowaną przez ks. Polaka, a (w powierzchownej ocenie niektórych osób) utrwalaną przez nieustępliwość p. dyrektor i moją. I tak jak zwykle bywa w podobnych sytuacjach, pod presją, u osób skłonnych dostrzegać tylko swoją cząstkę i dużo mniej ostro większą całość, nie rozumiejących splotu różnych aspektów kadrowych, prawnych i społecznych funkcjonowania ich Przedszkola, u których nie rozwinęła się też jeszcze w pełni egzystencjalna dojrzałość i docenianie dla unikalnego wymiaru pełnionej w obecnym kształcie misji nauczycielskiej... – – budzi się pod presją pokusa ulegnięcia silniejszemu, którym niewątpliwie jawił się nowy ks. proboszcz, uważany zresztą za zwierzchnika p. Lucyny, oficjalnie przecież będący reprezentantem organu prowadzącego (parafii), a przez wielu wręcz z nim (błędnie) utożsamiany. Dostrzegałem taką pokusę i uznałem ją za szkodliwą dla kondycji bieżącej i perspektywicznej naszego Przedszkola. W porozumieniu z p. dyrektor postanowiłem napisać na zaplanowaną na dzisiaj radę pedagogiczną uchwałę, przedłożyć ją do oceny i zaopiniowania nauczycielom, by za jej pomocą otwarcie i zgodnie z najlepszym rozeznaniem sytuacji wyrazić uczciwy dezyderat preferowanego trybu postępowania wobec żądań nowego proboszcza i rodzących się wokół nich wątpliwości. Zamieszczamy tekst tej uchwały. Wszyscy nauczyciele mający być obecni na radzie pedagogicznej  przeczytali ją i, jedni po krótszym, inni po dłuższym namyśle (być może z powodu nie najłatwiejszego języka tekstu), podpisem pod nią potwierdzili zawarte w niej stanowisko. Należy jednak wspomnieć, że zdaniem niektórych ‘wrażliwszych’ pań język uchwały chwilami wydawał się zbyt ostry i mógł nie służyć pojednaniu. Z pewnością miały na myśli tekst niektórych uzasadnień, ale przecież ks. Domirskiego nie dotyczyły te szczegóły, tylko jego historycznego poprzednika, a z tymi, których nie obejmował spór, nie potrzeba pojednania. Nie o pojednanie więc tutaj chodzi, ale o właściwe, szczere i niezafałszowane naświetlenie całej sytuacji, określenie pozycji, uprawnień stron, względnych zasług i stosownych oczekiwań. Poza tym istotą uchwały była prośba skierowana do „przedstawiciela Organu Prowadzącego [czyli do ks. Domirskiego] o nienaruszanie prawnego status quo Przedszkola przez najbliższy rok szkolny, potrzebny do przeprowadzenia z nowym [przedstawicielem] Organ[u] Prowadząc[ego] partnerskiej konsultacji nowych warunków funkcjonowania, w tym nowego statutu.” Mimo iż uchwała została podpisem zaaprobowana przez wszystkich obradujących, ostatecznie jednak nie była procedowana, ponieważ po przybyciu na radę ks. Domirskiego, p. dyrektor uznała, iż w/w postulat wybrzmiał przed księdzem na tyle dobitnie i wsparty został tyloma głosami nauczycieli i to w sposób dużo bardziej ‘miękki, kobiecy i upraszający’ niż w moim tekście, a ksiądz robił wrażenie sprzyjającego takiemu rozwiązaniu, że nie należy na tej sesji rady zostawiać proboszcza na okres wakacji w gorsecie literackich i profetycznych konstatacji, nie dla wszystkich łatwych do czytania, a jeszcze trudniejszych do zrozumienia i akceptacji...

Rada Pedagogiczna rozpoczęła się zatem ok. godz. 11.00., a jej przebieg streściłem wtedy w notatce, którą zamieszczam tutaj. O elukubracjach księdza na temat tej rady wspomniałem przy dacie 4 lipca. Również ta ‘notatka’ Domirskiego nie zawiera żadnych szczegółów dotyczących wypowiedzi nt. przyczyn, poglądów, stanowisk, wiedzy, i sprowadza się do egocentrycznej i bałamutnej wypowiedzi (zdradzającej raczej prawdziwe zamiary niż to co rzeczywiście powiedział), jest żałośnie jałowa i nieużyteczna dla ustalenia rzeczywistego przebiegu opisywanych rozmów. Będziemy jeszcze mieli nieprzyjemność się z nią zetknąć przy okazji omawiania pozwu i październikowej sprawy sądowej, więc na razie oszczędźmy sobie niesmaku...

13 lipca 2017 Odwiedzający naszą stronę internetową, blog i kalendarium w zasadzie nie potrzebują przypomnienia o tym, co się w ów czwartek wydarzyło. Jak obnażyłem to przy poprzednich datach w wyżej zamieszczonych tekstach, działanie księdza, polegające na całkowitym przejęciu Przedszkola, bezpardonowym wyrzuceniu z niego jego założycielki i prawowitej dyrektor Lucyny Wojeńskiej, uniemożliwieniu jej jakiegokolwiek dostępu do dokumentów i bezwzględnym odebraniu jakichkolwiek sposobności do obrony, było chytrze i pod osłoną zwodniczych ‘ponęt’ i obłudnych min/słów, usypiaczy czujności, zaplanowane oraz zdradziecko przeprowadzone we współpracy z drohiczyńskim klerem i lokalnymi stronnikami, nie wyłączając kilku podatnych na korupcję lub manipulację a nieproporcjonalnie do swych umiejętności ambitnych pracowników Przedszkola.

Ponieważ na poranek tego dnia przewidziana była rozmowa kwalifikacyjna dla dwóch pań ubiegających się o stopień nauczyciela kontraktowego, obecne prócz pani dyrektor Wojeńskiej miały być dwie inne osoby spośród 3 nauczycieli Przedszkola posiadających stopnień nauczyciela mianowanego (dyrektor + ci dwaj nauczyciele to wymagane przepisami dotyczącymi awansu zawodowego nauczycieli quorum komisji kwalifikacyjnej). Jako obserwator (zgodnie z tymiż przepisami) zaproszony zastał też ks. proboszcz (jako przedstawiciel organu prowadzącego Przedszkole). Ks. proboszcz się pojawił, ale nie pojawił się (wymagany przepisami) drugi nauczyciel. W ostatniej chwili okazało się, że nauczycielka nie dojedzie z uzasadnionych powodów zdrowotnych. Spodziewano się, że w jej miejsce pojawię się ja. Ale ja nieco wcześniej niż większość nauczycieli rozpocząłem już urlop (Przedszkole w tym czasie realizowało już tylko ‘dyżur wakacyjny’), zasłużony po intensywnie przepracowanym roku szkolnym bez jednego dnia zwolnienia chorobowego lub ‘zastępczego’ urlopu w jego trakcie. Zacząłem zresztą odczuwać niepokojące mnie nagłe spadki mocy i fale głębokiego i bolesnego znużenia. Ponieważ miałem sporo niewykorzystanych dni urlopowych, postanowiłem spożytkować je do systematycznej obserwacji własnego organizmu. To dlatego p. dyrektor nie naciskała zbytnio na to, abym się natychmiast stawił do Przedszkola, kiedy się okazało, że drugi nauczyciel mianowany nie przyjedzie. Zdecydowała się atoli nie odwoływać rozmowy kwalifikacyjnej i ewentualnie zaliczyć jej przebieg na poczet następnej, gdyby okazała się konieczna po zasięgnięciu odpowiednich opinii formalnych. Powiedziałem jej zresztą, że przecież znam pracę obu pań (przeprowadziłem z nimi niejedną ‘rozmowę kwalifikacyjną’) i nie widzę powodu, dla którego nie miałyby uzyskać owego najniższego w hierarchii nauczycielskiej stopnia awansu zawodowego. Pani dyrektor uznała to za rozsądne.

O, gdybyż podobny rozsądek (Rzymian 12,3) był po stronie tych, których otoczono zaufaniem, życzliwością i wsparciem na drodze do rozwoju i pięknych wyzwań i sukcesów...! Gdyby potrafiły oprzeć się pokusie szukania bezpieczeństwa na drodze układania się i wzmacniania tych, którzy nie mieli żadnego moralnego prawa do wydzierania owoców cudzej pracy i arbitralnego nimi szafowania. Czymże zaniepokojone zadziałały tak przecież nieubłaganie i nieodwracalnie (?) na pohańbienie i odarcie osób jakże zasłużonych, które wypielęgnowały owe owoce ze szczególną miłością, całkowitym poświęceniem i ze szczodrym pożytkiem również dla nich samych, teraz wolących spożywać je z zaborcami...! Czy może czuły się niewystarczająco hojnie obdarowywane przez tych, którym teraz z ich pomocą lub przyzwoleniem bezdusznie, niewdzięcznie i gwałtownie odbierano wszystko, dorobek z pracą i utrzymaniem, niepoliczony a ogromny osobisty wkład moralny, umysłowy i fizyczny, należnie zaskarbiony powszechny szacunek, uznanie i prestiż, i którzy teraz uginają się pod brzemieniem cierpienia, krzywdy i osamotnienia?

Niektórzy uważają, że miernikiem zaangażowania w zdradę jest ustalenie tego, co kto na niej zyskał... Cui bono... I chociaż zyskiem dla jednych jest otrzymanie jakiegoś nieosiągalnego wcześniej (i nienależnego) zaszczytu, dla innych docenienie prestiżowo brzmiącym (choćby i ponad możliwości zobowiązującym) przywilejem, to przecież dla innych, mniej ambitnych, miłośników ‘świętego spokoju’, zadowalająca może być większa swoboda, mniejsza kontrola, luzacki i niewymagający (bezkrytyczny) nadzór, etc... Nie przywiązuję się jednak do tych wyjaśnień. Wiem aż nadto dobrze, że oportunistyczne kalkulacje nawet sprytnych i przemyślnych osób bywają omylone, cóż dopiero przeciętnych. Rzeczy wcale nie muszą być takie, jakimi się wydają. W głębi serca sprzyjam przeświadczeniu o autonomicznym dążeniu człowieka do jedności z Samym Dobrem, Prawdą i Pięknem, o jego zdolności do „zastanowienia się” (Łukasza 15,17;21) i stanięcia w prawdzie. Tak czy owak, nie mam trudności w wybaczeniu słabości i życzę, podobnie jak sobie, takiej łaski rozeznania, jakiej potrzebują, by stanąć w prawdzie. Dlatego nie będę przywoływał ich nazwisk, chociaż jestem przekonany, że na tym właśnie ks. kł. in.(trygantowi) Domirskiemu bardzo by zależało, mianowicie by podzielić się z jak największą liczbą osób odpowiedzialnością za rozbój, grabież i znieważenie, których był chętnym wykonawcą. To dla zmiękczenia swojej odpowiedzialności wycierał sobie gębę ks. Polakiem (owszem, obskurantem i mściwcem, ale umiejącym się zatrzymać i nie akceptującym odpowiedzialności za żadną skrajność) oraz tak gorliwie na lewo i na prawo rozgłaszał i eksponował ‘wolę’ ks. biskupa, którego on jest jedynie (niemalże bezwolnym) instrumentem. Chętnie również gra na nielojalności niektórych pracowników (a pomagała mu w tym bardzo wydatnie, przynajmniej do niedawna, panna Bernaśkiewicz, usta i ręce panny Syed-siostrzenicy, owa super-audytor-i-nie-dyrektor, poprzez zastraszanie, obrzydzanie ze mną kontaktów, banalizowanie wyrządzonych nam krzywd lub poprzez ‘ponęty’ doraźnie okadzające niepewne sumienia).

Po owej rozmowie kwalifikacyjnej przeprowadzonej w ‘niepełnym’ składzie, za drzwiami pojawiły się 2 inne osoby, które miały odegrać rolę świadków i zastraszaczy w scenie drugiej tego dnia, a kluczowej w zamyśle ks. kł. in. Domirskiego. Był to ks. Michał Kisiel, znany z łagodności, oraz p. Walerian Niewiński, znany ze swojej nienawiści ‘do mojej osoby’ (w niedawnej przeszłości, będąc wykonawcą mojego domu, w niezawinionym przeze mnie, a zainicjowanym przez siebie starciu ze mną otrzymał gorzką lekcję za bezczelną nieuczciwość, partactwo i wyzysk pracowników). Zastanawiający jest taki dobór pomagierów księdza w zaplanowanej egzekucji. Miała ona ‘moją osobę’ obejmować, o czym świadczy nieco na skróty sklecony i ‘zbiorczo’ obejmujący panią dyrektor i mnie ‘protokół przekazania’, dokument towarzyszący wypowiedzeniom umów, temu wręczonemu p. Lucynie i temu, którego nie mogli mi wtedy wręczyć z powodu mojej nieobecności i pobytu na urlopie.

Proboszcz tłumaczył obecność obu mężczyzn. Są to świadkowie wręczenia p. Lucynie wypowiedzenia. Na wypadek, „gdyby go nie przyjęła”. Wyjaśnił, że p. Niewiński jest przedstawicielem Rady Parafialnej. Zadbanie przez księdza o towarzystwo 2 świadków jest samo w sobie dowodem jego rozwagi i w sferze słów godne przyklaśnięcia. Kiedy zastanowimy się jednak, jakim krzyżem okazał się w naszej nieodległej historii jeden z nich, powodem udręki mojej małżonki, p. Lucyny Wojeńskiej, która na sam jego widok doznawała skurczu żołądka, a teraz czuła na sobie jego tryumfujące spojrzenia, kiedy z zamglonym oczyma, drżącymi i niemal bezwładnymi rękoma zbierała swoje gadżety do pudełek i słyszała jak razy bicza szczęk wymontowywanego przez niego z drzwi zamka..., czy nie dostrzegamy po raz kolejny, jak nieczułym i bezdusznym oraz zakłamanym człowiekiem jest nowo zainstalowany proboszcz? Zamieszczamy tu kopię wręczonego pani Lucynie wypowiedzenia (o kłamliwych powodach tam zamieszczonych już pisaliśmy; zobacz też oświadczenie p. Lucyny z 13 lipca w Aktualnościach). Publikujemy też ‘protokół przekazania’, o którym wspomnieliśmy wyżej.

Nie cofnął się przed żadną podłością, by zapewnić skuteczne przeprowadzenie gangsterskiego wywłaszczenia, zawsze ją jednak obłudnie ubierał w szaty obowiązku, słuszności i woli wielkiego autorytetu. Ani też przed taką podłością - - żeby dla uzyskania większej pewności niewszczynania przez p. Wojeńską skargi sądowej na bezprawność zwolnienia z pracy zastraszyć ją enigmatycznymi świadectwami „pracowników i ich rodzin”, żalących się rzekomo na ‘mobbing’ dyrekcji, które opisał (z właściwą sobie jałowością) później miesiąc z okładem w odpowiedzi na pozew do sądu pracy złożony przez p. Wojeńską. Kł. Domirski nie omieszkał wtedy, 13 lipca, oczywiście dodać, że zostały te świadectwa przez tych świadków podpisane. Nie udało się, albo nie miał odwagi, sprokurować takich „podpisanych” świadectw w sierpniu, więc zadowolił się swoją opinią ‘na temat’ tych dwóch (!) rozmów, która zasługuje na taką samą reputację, co jego prostackie działania. Publikujemy te późne jego elukubracje. Nie daję wiary insynuacjom księdza o celu tych ‘wizyt’ jako skardze na rzekome zastraszanie pracowników przez ‘dyrekcję’. Absurdalne jest stawianie takich zarzutów właśnie p. Lucynie i mnie, osobom, które nigdy wobec nikogo gróźb i szantażu nie stosowały (a co najwyżej perswazję, prośbę lub ostrzeżenie), i to w obiektywnej sytuacji napięcia spowodowanego nie przez kogo innego niż sam kł. in. Domirski, do którego z kredytem zaufania, będąc w rozterce i nie rozumiejąc pryncypiów całej sprawy, w słabości i naiwności (z których oceny współczująco zrezygnowałem), z prośbą o łaskawe wobec pracowników Przedszkola działanie te dwie osoby się zwróciły (a raczej jedna, bo ta pierwsza pojawiła się z inicjatywy swego męża). Jeżeli więc napięcie spowodowane groźbami kł. in. Domirskiego wobec ‘dyrekcji’ i przedszkola powodowało nieuniknione w kobiecej emocjonalności, a nawet słuszne obawy oraz egzystencjalny lęk, jakiejż przewrotności trzeba, żeby winę przerzucić na samą ‘dyrekcję’, mało tego, nazwać to ‘mobbingiem’! Cóż, czy dziwić może, iż człowiek, który sukces Przedszkola uznał za godny ‘żółtej kartki’, nie rozumie powodów gorliwie wdrażanych przez siebie ‘zaleceń’ biskupa, wyraża „brak zaufania” wobec osób, których nie zna – czy dziwić może, że taki człowiek nie rozumie znaczenia słowa ‘mobbing’? Wciąż wydziera ta sama pazerna chytrość podszyta głupotą, zakłamaniem i egocentryzmem...

Kł. in. Domirski okazał swoiste przywiązanie do ‘legalności’ i ‘słuszności’ również w tym, że pokazał i pozwolił skopiować dwa dokumenty poświadczające jego ‘uprawnienia’ do realizowanego właśnie planu wynikającego z ‘wytycznych’ drohiczyńskiego biskupa, w szczególności zaś do zwolnienia dyrektor Wojeńskiej. Jeden to zaświadczenie wydane dwa dni wcześniej, tj. 11 lipca, przez Burmistrza Bielska Podlaskiego o zmianie wpisu do ewidencji placówek oświatowych, a mianowicie wykreślające ks. Polaka, a na jego miejsce wpisujące ks. Domirskiego jako reprezentanta organu prowadzącego Przedszkole Karmelki, którym jest Parafia p.w. MB z G. Karmel.

Drugi – i tu uwaga uwaga – to dekret sygnowany na 6 lipca (a więc dzień opisanej wyżej rady pedagogicznej z jej postulatem partnerskich rozmów na temat rozwiązań statutowych dla przedszkola), ułożony w imieniu biskupa drohiczyńskiego przez jego wikariusza, ‘ustanawiający przewielebnego’ kł. Domirskiego ‘dyrektorem’ Przedszkola Karmelki! Czysty akt arbitralnego woluntaryzmu ze strony aroganckich jaśniepanów hojnie i niefrasobliwie dysponujących dorobkiem cudzej pracy i życia ofiarnych, skrzętnych i gorliwych parafian. Pisaliśmy już o tym, że ów dekret nie ma żadnej mocy prawnej wiążącej dyrektor Przedszkola, nie jest on oparty na żadnych przepisach kodeksu pracy lub prawa oświatowego. Owszem, zupełnie się nie liczy z prawem polskim, któremu podlegają takie placówki oświatowe, jak Przedszkole Karmelki. I nie ma żadnego znaczenia, czy są one publiczne, czy niepubliczne. Muszą stosować polskie prawo, bo zostaną wykreślone z ewidencji i nie otrzymają dotacji państwowych! Można więc ów dekret traktować co najwyżej jako laurkę dla kł. Domirskiego oraz pożądaną dla niego aprobatę dyrektorowania w sytuacji wakatu na tym stanowisku (co mogłoby godziwie nastąpić np. po przejściu p. Lucyny na emeryturę, czyli za niecałe już 3 lata!) A jednak kł. Domirski się nim podparł, usprawiedliwiając wydalenie prawowitej dyrektor, a raczej się nim pochwalił, dowodząc, że jest pozbawiony krytycznego myślenia, przyzwoitości i szacunku dla inteligencji parafian. Z porównania obu w/w dokumentów wynika, że dla drohiczyńskich wyrośniętych dzieci z biskupimi pieczątkami ‘przewielebny’ mógł zostać ‘dyrektorem’ w każdym czasie, na zew ich chętki i igraszki, oczywiście więc nawet zanim legalnie został (zgodnie z obowiązującymi przepisami) reprezentantem organu prowadzącego Przedszkole...

„Chłopcy, przestańcie, bo się źle bawicie! Dla was to jest igraszką, nam idzie o życie” [biskup I. Krasicki, Bajki nowe, Dzieci i żaby]...

Ciąg dalszy niebawem...