4 lipca 2017 Rano, przed godziną 9.00, do Przedszkola przybywa ks. Z. Domirski, widziany wcześniej przeze mnie (a więc ‘poznany’ w sposób bierny i krótkotrwały) tylko raz, na wyżej wspomnianej mszy inauguracyjnej w dniu 2 lipca. Pani L. Wojeńska widzi go zatem po raz trzeci (3 lipca, w ramach krótkiego ‘rytuału’ informacyjnego z udziałem dygnitarzy drohiczyńskiej kurii, został on jej przedstawiony jako ‘beneficjent’ biskupich ‘zaleceń’). Do p. Lucyny, która przyjęła księdza i zaprosiła do gabinetu, dołączyłem również ja i p. Renata Sęk. Wkrótce też dołączyła do nas księgowa, p. Patrycja.

Zarówno ja, jak i moja małżonka przeżyliśmy ponad pół wieku, nigdy jednak nie spotkaliśmy się z tak nieadekwatnym, obcesowym i zwyczajnie nieokrzesanym ‘przywitaniem się’, ‘rozeznawaniem się w sytuacji’ i ‘deklarowaniem programu’ przez potencjalnego zwierzchnika bądź partnera. Normalnie nowy ‘CEO’ (główny oficjał w korporacji), a zwłaszcza będący katolickim kapłanem, duszpasterzem i ojcem duchownym wobec parafian, powinien przybyć do dziedziny poddanej jego odpowiedzialności, pieczy i kontroli z umysłem niestronniczym, żądnym poznania tej dziedziny oraz wszystkich, którzy ją zawiadują, tworzą i wypracowują. Powinien być szczerze zainteresowany istotą, celem i rozmachem ich działania (priorytety), ich dokonaniami, ich umiejętnościami, w teorii (na papierze) i w praktyce (dane bezwzględne i porównawcze). Powinien przedstawić swoje doświadczenie życiowe i poprosić o pomoc w wykorzystaniu go w rozpoznawanej dziedzinie. Może też powiedzieć o swoich priorytetach i szukać możliwości ich harmonizacji z priorytetami rozpoznawanej dziedziny. Z pewnością, w zgodzie ze swoją zasadniczą rolą w parafii, powinien to ‘rozpoznanie (się)’ przeprowadzić taktownie, w duchu miłości, optymizmu i partnerstwa.

Niestety, nie dane nam było tak się zapoznać z nowym proboszczem. Ks. Z. Domirski w pierwszych minutach po wejściu do gabinetu dyrektor L. Wojeńskiej mówi o przejęciu Przedszkola, braku zaufania do pani dyrektor i jej zastępców, o naszym zwolnieniu z pełnionych funkcji, ewentualnym powierzeniu innych obowiązków, i każe dać akta osobowe.

Tak, dzieje się to w ciągu kilku minut, w tej kolejności! Brzmi obcesowo i nieprzyjaźnie, roszczeniowo i grubiańsko, arogancko i lekceważąco. Myślę, że wiele kobiet na miejscu p. Lucyny by się załamało, wpadło w histerię. Pani dyrektor starała się panować nad sobą i pomimo ogromnej udręki, która boleśnie targała jej wzrokiem, słuchem i napięciem mięśni, zdobyła się na próbę bezzwłocznego usatysfakcjonowania swojego przyszłego przełożonego. Otworzyła szafę pancerną, a także wskazała na odsłonięte półki wysokiego na 3.5 m regału z dziesiątkami segregatorów akt i dokumentów.

Ale on sam nie podjął żadnych działań, świadczących o jego zainteresowaniu dokumentami, nie wydał żadnej dodatkowej instrukcji, ani nie wyraził dezaprobaty, że niczego nie dostał do ręki. Zajęły go bowiem zaraz tematy finansowe, pytał o wielkość dotacji, o stan konta, dowiedział się o lokatach przeznaczonych na rekuperacyjny system wentylacji i wyposażenie placu zabaw, etc. Każdej z tych spraw poświęcał kilka minut. Wydaje się, że cały jego pobyt w gabinecie dyrektor nie przekraczał 20 minut. Na moje pytanie, skąd bierze się ów pomysł karania nas taką niełaską, odbierania ‘szafarstwa’ p. Lucynie, odrzucania mnie i p. Renaty i przejmowania działań wykonawczych nad przedszkolem przez księdza, osobę bez doświadczenia i kwalifikacji – każdorazowo powoływał się na ‘zalecenia’ ks. biskupa. Kiedy prosiłem o ich uzasadnienie mówił o ‘czerwonej’ kartce, którą od ks. biskupa dostał ks. Polak, „Przedszkole więc musiało dostać żółtą kartkę”, konkludował. „Konia z rzędem temu, kto tu znajdzie jakiekolwiek wyjaśnienie”, pomyślałem. Niemniej starałem się wciągnąć księdza w szczere i otwarte rozpoznanie sytuacji i równie szczere i otwarte ujawnienie prawdziwych przyczyn. Ks. Domirski okazał się impregnowany przeciw wszelkiemu logicznemu rozumowaniu i przeciw szczerości. Mantrą były ‘zalecenia’ biskupa, „których on jest jedynie realizatorem”. Udało mi się go jedynie przekonać o potrzebie okazania chociaż minimum obiektywizmu i rozmówienia się z nauczycielami, co też uczynił. Póki rozmowy te były ‘gorące’, nie mógł ukryć jednolicie pozytywnego obrazu założycielki Przedszkola, p. Lucyny Wojeńskiej, którą jak jeden mur kadra nauczycielska broniła i się o nią upominała. Kiedy jednak parę tygodni później ‘trzeba było’, już więc ‘na zimno’ stworzyć jakiś ‘dokument’ na potrzeby odpowiedzi na pozew p. Wojeńskiej do Sądu Pracy, ksiądz w przewrotny sposób kleci swoją notatkę (niby) z tych rozmów, tworząc obraz rozchwianych emocjonalnie i płaczących pań, które uspokajały się, gdy zapewniał, że nie stracą pracy. Ogólniki tam zawarte zostały zestrojone z innymi, zawartymi w jego ‘notatce z 6 lipca’ (gdzie rzekomo panie straszono zwolnieniami – czy to przez p. Wojeńskiego – obrzydliwe kłamstwo i absurd – czy to przez księdza, gdy zostanie dyrektorem. Prawda jest taka, że jedna lub dwie panie uroniły łzy, jak to kobiety, zwłaszcza, że dobrze zdawały sprawę z tego, że tym, który groził i zagrażał Przedszkolu, był nie kto inny jak ks. proboszcz. Ostatnio ks. Polak – łzy traumy... Nie chcą powtórki z nowym proboszczem – łzy prośby i nadziei... Jedna się rozpłakała, p. Nomen Cognomen, która rzeczywiście mogła wyglądać na rozchwianą emocjonalnie. Ale szkoda, że ksiądz nie napisał, dlaczego. Otóż, jak sama powiedziała p. Lucynie, p. NC była rozżalona sytuacją, niesprawiedliwym traktowaniem Przedszkola poprzez ‘szerzenie kłamstw w środowisku parafialnym (np. haniebna plotka, że „jedna z nauczycielek prowadzi dom publiczny”), szarganiem imienia wspaniałego dzieła, stworzonego przez p. Lucynę, i które również ona uważa za własne’. ‘Notatki’ Domirskiego nie zawierające żadnych szczegółów dotyczących wypowiedzi nt. przyczyn, poglądów, stanowisk, wiedzy, sprowadzone do oceniających ogólników, są groteskowe i nieużyteczne dla ustalenia rzeczywistego przebiegu opisywanych wydarzeń i rozmów. Z tymi ‘arcy-wytworami sztuki piśmienniczej’ przyjdzie nam jeszcze się, niestety, słowo w słowo zetknąć, więc na razie je pozostawmy w spokoju.

Póki co, jeszcze ‘na gorąco’ i (być może, chciałbym w to wierzyć) będąc pod wrażeniem rozmów z nauczycielkami, ks. Domirski (lub ‘lepsza jego strona’) powiedział, że ma pewien dylemat, mianowicie „bardzo pozytywna opinia nauczycieli o p. dyrektor” każe mu przemyśleć sprawę decyzji kadrowej, którą ma wobec niej podjąć. Mówił też, że porozmawia z kurią (ks. Mielnickim?) o możliwości zachowania przez p. Wojeńską jej dotychczasowych zadań.

Kilka godzin później, tego samego dnia 04.07.2017, ks. Domirski rozmawia z p. dyrektor przez nieco ponad 8 minut przez telefon (o godz. 13.42). Powtarza myśl o przekonującej, doskonałej opinii kadry nauczycielskiej na jej temat. Opinię tę przedstawił decydentom w kurii i wyraził zamiar zatrudnienia p. Lucyny na stanowisku ‘wicedyrektora’.

Pomijając już niedorzeczność tego ‘wspaniałomyślnego’ gestu, zgodnie z którym p. Lucyna (tu cytat z ust ks. Domirskiego) „wykonywałaby wszystko jak dotychczas, a ja byłbym dyrektorem”, pomijając jego groteskowość trącącą gangsterskim prostactwem, należy zwrócić uwagę na bezczelność księdza, który drwi (choć sam pewnie słabo to rozeznaje) ze zdrowego rozsądku ludzi, którzy raczej rozumieją, że zarządzanie instytucją edukacyjną we współczesnej Polsce nie może mieć nic wspólnego z dzieleniem się „postawem czerwonego sukna” (por. rozmowę Bogusława Radziwiłła z Andrzejem Kmicicem, 25. rozdz. I t. Potopu H. Sienkiewicza). Tak czy inaczej o takiej propozycji p. Lucyna usłyszała właśnie ten jeden raz (!), w 8-minutowej rozmowie telefonicznej dnia 04 lipca 2017 o godz. 13.42. Nie bez smutku nad zachłanną chytrością mówiącego, jak wyznała, pomyślała: „Cóż, ‘organ prowadzący’ chce więc nazywać się ‘dyrektorem’. Skoro mam robić to co robiłam, mogę równie dobrze nazywać się wicedyrektorem.” Na pytanie więc, czy się zgadza, odpowiedziała twierdząco. „A co z moimi zastępcami, p. Stanisławem i p. Renatą?”, zapytała jeszcze księdza. Nie uzyskała odpowiedzi. Potem widziała i słyszała się z nim tylko jeszcze jeden raz (!), przed wręczeniem jej wypowiedzenia w dniu 13 lipca, a mianowicie dnia 6 lipca 2017 na Radzie Pedagogicznej, na którą ksiądz został zaproszony, a więc wśród wielu świadków, którzy bardzo dobrze słyszeli, co kto mówił i zapewniam, że nikt nie potwierdzi jakiegokolwiek odrzucenia przez p. Lucynę takiej ‘propozycji’ księdza. Po Radzie rozstaliśmy się z optymistycznie postulowanym planem rocznego status quo oraz wspólnego dopracowywania nowego statutu (co też miał skonsultować z Kurią, która ‘podejmowała ostateczną decyzję’), ale z p. Lucyną nie spotkał się już ani razu, by przedstawić jakieś prawne i statutowe ramy działania mogące doprowadzić do przejęcia przez nią funkcji ‘wicedyrektora’, ani 4, ani 5, ani 6, ani 7, ani 8, ani 9, ani 10, ani 11, ani 12 lipca... 13 lipca wręczając jej wymówienie ks. Domirski mówił: „A mogła pani zostać wicedyrektorem!”  

Jak najkrócej wyjaśnić to dziwne wejście księdza do Przedszkola, jego prostacką strategię zarządczą, zakończoną jednak dużo bardziej zrozumiałym i bardziej ludzkim wahaniem i gotowością do kompromisu? Przecież już we wcześniejszych rozważaniach wydedukowaliśmy ‘przygotowanie’ księdza przez sfrustrowanego ‘uchodźcę’, ‘solidarnych’ urzędników kurialnych i usłużnych ‘księgowych’, wszelkiego rodzaju odtwarzaczy biogramów, donosicieli plotek, instruktorów polityk wokółparafialnych. To oni wedle wszelkiego prawdopodobieństwa tak urobili podatny jak plastelina umysł ks. Domirskiego. Dziwić może tylko to, że jego umysł okazał się tak plastyczny i otwarty na brudny, niemoralny punkt widzenia, na różnego rodzaju intrygi, szalbierstwa, gotowość do wyrządzania ‘świństw’... Wydaje się też, że kurialni bonzowie, notariusze, wikariusze i katecheto-dyrektor, a zwłaszcza ich zwierzchnik, JE ks. prof. bp Tadeusz Pikus, poznali się na tych ‘cnotach i zaletach’ kapłana z wiejskiego probostwa i dobrze wiedzieli o jego gorliwym, posłusznym i bezkrytycznym podejściu do otwieranych przed nim ‘przywilejów służby’.