2 lipca 2017 (dodane 08.12.2017) Zbliżamy się do wielokrotnie już przywoływanych dat 3. i 4. lipca, których ‘treść’ atoli z pewnością została zaplanowana dużo wcześniej, by ‘logicznie’ (wg ‘logiki’ proboszczowskich, kurialnych i świeckich myślicieli-intrygantów) doprowadzić do finalnego zwolnienia z pracy legalnego dyrektor Przedszkola Karmelki, p. Lucyny Wojeńskiej (z czym uwinięto się z dniem 13 lipca). Wszakże dzień 2 lipca w naszych umysłach był wciąż dniem nadziei ujrzenia jaskółek normalności, wiosny nowego ułożenia zdrowych, partnerskich, a zarazem bliskich i serdecznych relacji z nowym proboszczem, który w tym dniu obejmował probostwo Karmelu. Na mszę inauguracyjną, na której mieliśmy go ujrzeć po raz pierwszy, dobrze przygotowaliśmy się, by przywitać go z miłością i solenną obietnicą ścisłej współpracy. „Aktualności” pod datą 02 lipca 2017 opisują nasze powitanie księdza. Piękny obraz z dziecięcej ręki, mój okolicznościowy wiersz, dedykacja i żarliwe życzenia, piękne dziewczęta z Karmelek wręczające cud-wiązankę. Byliśmy tam, czy nas nie było? To oczywiste, byliśmy w kościele, pięknie czcząc ks. Domirskiego. Ale w ogóle to nas nie było... Wśród rozlicznych, dobrych kilkunastu dzieł i dziełek parafii nie zauważono naszego istnienia. Jak już zwróciłem na to uwagę wcześniej, ks. Domirski przyszedł do Karmelu z narracją, którą wiernie, co do joty, przejął od ks. Polaka. Sądzę, że pomysł na nią był z podobnych źródeł, które zrodziły biskupie ‘zalecenia’. Nas nie było! Opis w „Aktualnościach” nie zawiera jeszcze tej ‘iluminacji’, choć złe przeczucia zaczęły już ‘błyskać’ w naszych umysłach.

Jeśli więc nie byliśmy dziełem parafii, jeśli się oficjałowie parafii do nas nie przyznawali, to dlaczego nazajutrz, a zwłaszcza jeszcze następnego dnia położono na nas ręce z wyciągniętymi pazurami, i dlaczego zaraz później chciwie zagarnięto, odcinając protestujących, zastraszając lub korumpując pozostałych? Do pewnego stopnia (dzięki naszym ogromnym wysiłkom sczytywania ‘logiki’ naszych zaborców) sprzeczność tę można wytłumaczyć jedynie założeniem, że zarówno 25 czerwca (pożegnanie ks. Polaka) jak i teraz, 2 lipca (inauguracja ks. Domirskiego), skreślono nie ‘beneficjum’ przedszkolne, ale p. Lucynę Wojeńską, dyrektor Przedszkola, i wspierających ją nauczycieli-zastępców. Powtórzmy zatem: działanie z 3. i 4. lipca było preludium (ultimata, ustawianie pretekstów i generalnie przykrywanie tego mydleniem oczu) prowadzącym do dnia 13 lipca (chyba im się wszystko trochę ponad plan przeciągnęło), czyli upokarzającego zwolnienia p. Lucyny i próby zwolnienia mnie (nieudanego z powodu wcześniejszego rozpoczęcia przeze mnie urlopu, o czym informatorka księdza nie zdążyła się dowiedzieć, stąd jej wielkie zaskoczenie). Trzecią osobę ‘do odstrzału’ udało się na tyle ‘zdyscyplinować’, że ‘potrójny skandal’ okazał się zbyteczny. Ks. Domirski przychodził zatem do Karmelu z punktem nr 1 w swojej agendzie: by usunąć założycielkę Przedszkola, jego pierwszą i zasłużoną dyrektor, p. Lucynę Wojeńską, i ‘jej męża’, wizjonera pedagogicznego, uznawanych za stojących na przeszkodzie do przedszkolnej kasy (mającej się przeistoczyć w parafialne koryto). Zwykłym bałamuceniem jest więc z jednej strony obarczanie winą za kryzys wyłącznie ks. Polaka (w całym dossier wykazuję, że bez kurii drohiczyńskiej i spolegliwego a oportunistycznego ks. kł. Domirskiego – żadnej ‘rewolucji’ i zaboru Przedszkola by nie było), z drugiej zaś posługiwanie się  tymi wszystkimi historyjkami opowiadanymi/rozpowszechnianymi przez ks. kł. Domirskiego i jego stronników: ‘o sprzątaniu po Polaku’, ‘o żółtej kartce dla nas’, ‘o nieprzyjęciu wicedyrektorstwa’, ‘o wyprowadzaniu Przedszkola’, ‘o otwieraniu własnego...’ itd. itp. Nabieranie jednych, ogłupianie drugich, tumanienie tych, uwodzenie tamtych. Poza tym zastraszanie i przekupstwo wg starej wypróbowanej świeckiej a obrzydliwej metody: dziel i rządź... Nie nie, tym razem to nie komuchy, PO czy lokalni aferałowie. To kuria i jej proboszcz...

3 lipca 2017 Pani dyrektor Lucyna Wojeńska zostaje wezwana przed kanclerza i notariusza kurii drohiczyńskiej na plebanię parafii, gdzie w obecności nowego proboszcza, ks. Domirskiego, wikariusza oraz osoby trzeciej, odczytano jej w atmosferze upokorzenia ‘zalecenia księdza biskupa’, skomentowane wyżej pod miesiącem maj (zobacz oddzielny link), z których najistotniejszym był ‘nakaz’ mianowania proboszcza dyrektorem Przedszkola „w trybie natychmiastowym”. I jak już pisaliśmy, kiedy po ładnym opisie wizyty biskupa w Przedszkolu (tej części ‘Protokołu’ niestety nam nie dostarczono w materiałach sądowych) p. Lucyna usłyszała ową listę ‘zaleceń’, doznała czasowego ‘pomięszania poznawczego’. Tam chwalono jej dzieło. Tu w istocie skreślano jej zasługi, anulowano tytuł do uznania, wdzięczności i pamięci...; unieważniano wyrzeczenia, trud i pot...; co gorsza zaś, pozbawiano radości, dumy i godności... Z dysonansem tym pozostała do dnia następnego, 4 lipca, dnia pierwszej wizyty ks. Domirskiego w Przedszkolu, na której ‘wynikach’ dokonał 10 dni później jej zwolnienia z pracy. Nie rozumiała, dlaczego ‘pozytywna opinia’ i generalnie uznanie jej dzieła kończy się w istocie szorstką, pojawiającą się jak grom z jasnego nieba, nie bezpośrednią, ale wyraźnie brzmiącą dezaprobatą, naganą i ... milczeniem?  Nie potrafiła się też mentalnie do takich zagadek, ‘ocen’ i standardów biskupich w ciągu jednego dnia odpowiednio ‘dostroić’...

Poważne wyjaśnienie wyżej zestawionej sprzeczności nasuwa się nieodparcie wraz z analizą języka i zachowań ks. Domirskiego, który ‘tuż’ po objęciu probostwa Karmelu i po raz pierwszy przychodząc, w dniu 4 lipca, do Przedszkola Karmelki, w pierwszych słowach zamiast okazania bezstronnej chęci poznania czołowych działaczy tego parafialnego skarbu, zamiast wyrażenia uznania dla prowadzonego z takim rozmachem dzieła edukacyjnego, pochwały dla jego twórcy, dyrektor Lucyny Wojeńskiej, dla całego zaangażowanego zespołu, zamiast solennej deklaracji współpracy i umacniania tego dzieła, zamiast zwykłego i przyzwoitego zachowania respektującego zasługi i godność ludzką - - ponuro dyszy groźbami, wyraża dezaprobatę, ‘pokazuje żółtą kartkę’, z góry skreśla współpracę z twórcą Przedszkola, a także ze mną i p. Renatą Sęk, a równocześnie nie podaje żadnego uzasadnienia takich ocen, niczego nie wyjaśnia, a swoje grubiaństwo i impertynencję uzasadnia wyłącznie właśnie ‘zaleceniami’ biskupa. Owe ‘sprzeczności’ w ‘protokole powizytacyjnym’, w rzeczywistości pozorne, niestety rzucają ponure światło na Biskupa i jego dwór, równocześnie obnażając żałosne załganie ks. Domirskiego. Nie trzeba studiować bowiem arystotelesowskiej logiki, by ustalić prawdziwy przepływ myśli, tych wyraźnych (explicite) i tych brakujących, ale niezbędnych do uzupełnienia logiki biskupiego dworu (implicite). W istocie bowiem w Protokole i 'zaleceniach' 1) explicite Biskup pochwalił ks. Polaka i bynajmniej nie napiętnował go 'czerwoną kartką' (zatem i); 2) implicite Biskup uznał żądania i zachowania proboszcza względem p. Wojeńskiej za właściwe i prawidłowe, ponieważ popierał finansowe roszczenia proboszcza względem Przedszkola (choć te musiały być skrywane w oficjalnych narracjach); 3) implicite Biskup potępił dyrektor Wojeńską, która zbyt powściągliwie rozwierała przedszkolną kasę przed 'potrzebującym' proboszczem; 4) explicite Biskup uznał potrzebę jej usunięcia i zastąpienia na stałe, każdorazowo, nowym proboszczem. To jest poważne wyjaśnienie owych ‘sprzeczności’ i wypadnie nam jeszcze do nich powrócić w związku z moralnym i prawnym rozrachunkiem ‘dokonań’ parafialno-kurialnych spiskowców. Jak więc szczere i co warte były ustalenia z 28 kwietnia, które przy powadze Biskupa potwierdzały obie strony (my i proboszcz)? Wszystkie postulaty z naszej strony zostały bez zwłoki i dokładnie spełnione. Z tamtej strony  - żaden... Niesłowny i bałamutny proboszcz – ‘ukarany’ zdjęciem z jego barków brzemion obowiązków parafialnych i wysłaniem go na cieszenie się swoją sutą ‘emeryturką’, a sprawiedliwa i słowna p. dyrektor, na trzy lata przed osiągnięciem wieku emerytalnego i (bardzo skromnej emerytury), za swój 7-letni trud, sukces edukacyjny i wspaniały wynik majątkowy – ‘nagrodzona’ ‘czerwoną kartką’ wyrzucenia z pracy.

Już powyższe rozważania wystarczą, by przestać poważnie myśleć o jakichkolwiek deklaracjach, wyjaśnieniach bądź obietnicach ks. Domirskiego. Nic w jego wypowiedziach nie było prawdą. Przyszedł z precyzyjnie uknutą intrygą zawartą w w/w czterech punktach. Mydleniem oczu było mówienie o „czerwonej kartce’ dla ks. Polaka, „żółta kartka” dla nas była w istocie ‘kartką czerwoną’, a chęć jego przejęcia przedszkolnego dyrektorstwa – w rzeczywistości chęcią przejęcia przedszkolnej kasy. I w tym świetle należy czytać całą niemoralną maskaradę, którą rozegra w dniu następnym, 4 lipca, oraz później, 6 lipca, by w akcie trzecim, w dniu 13 lipca, przeprowadzić inscenizację wypędzenia p. dyrektor Lucyny Wojeńskiej, czyli właściwą, docelową kulminację kurialnej intrygi...

4 lipca 2017 Rano, przed godziną 9.00, do Przedszkola przybywa ks. Z. Domirski, widziany wcześniej przeze mnie (a więc ‘poznany’ w sposób bierny i krótkotrwały) tylko raz, na wyżej wspomnianej mszy inauguracyjnej w dniu 2 lipca. Pani L. Wojeńska widzi go zatem po raz trzeci (3 lipca, w ramach krótkiego ‘rytuału’ informacyjnego z udziałem dygnitarzy drohiczyńskiej kurii, został on jej przedstawiony jako ‘beneficjent’ biskupich ‘zaleceń’). Do p. Lucyny, która przyjęła księdza i zaprosiła do gabinetu, dołączyłem również ja i p. Renata Sęk. Wkrótce też dołączyła do nas księgowa, p. Patrycja.

Zarówno ja, jak i moja małżonka przeżyliśmy ponad pół wieku, nigdy jednak nie spotkaliśmy się z tak nieadekwatnym, obcesowym i zwyczajnie nieokrzesanym ‘przywitaniem się’, ‘rozeznawaniem się w sytuacji’ i ‘deklarowaniem programu’ przez potencjalnego zwierzchnika bądź partnera. Normalnie nowy ‘CEO’ (główny oficjał w korporacji), a zwłaszcza będący katolickim kapłanem, duszpasterzem i ojcem duchownym wobec parafian, powinien przybyć do dziedziny poddanej jego odpowiedzialności, pieczy i kontroli z umysłem niestronniczym, żądnym poznania tej dziedziny oraz wszystkich, którzy ją zawiadują, tworzą i wypracowują. Powinien być szczerze zainteresowany istotą, celem i rozmachem ich działania (priorytety), ich dokonaniami, ich umiejętnościami, w teorii (na papierze) i w praktyce (dane bezwzględne i porównawcze). Powinien przedstawić swoje doświadczenie życiowe i poprosić o pomoc w wykorzystaniu go w rozpoznawanej dziedzinie. Może też powiedzieć o swoich priorytetach i szukać możliwości ich harmonizacji z priorytetami rozpoznawanej dziedziny. Z pewnością, w zgodzie ze swoją zasadniczą rolą w parafii, powinien to ‘rozpoznanie (się)’ przeprowadzić taktownie, w duchu miłości, optymizmu i partnerstwa.

Niestety, nie dane nam było tak się zapoznać z nowym proboszczem. Ks. Z. Domirski w pierwszych minutach po wejściu do gabinetu dyrektor L. Wojeńskiej mówi o przejęciu Przedszkola, braku zaufania do pani dyrektor i jej zastępców, o naszym zwolnieniu z pełnionych funkcji, ewentualnym powierzeniu innych obowiązków, i każe dać akta osobowe.

Tak, dzieje się to w ciągu kilku minut, w tej kolejności! Brzmi obcesowo i nieprzyjaźnie, roszczeniowo i grubiańsko, arogancko i lekceważąco. Myślę, że wiele kobiet na miejscu p. Lucyny by się załamało, wpadło w histerię. Pani dyrektor starała się panować nad sobą i pomimo ogromnej udręki, która boleśnie targała jej wzrokiem, słuchem i napięciem mięśni, zdobyła się na próbę bezzwłocznego usatysfakcjonowania swojego przyszłego przełożonego. Otworzyła szafę pancerną, a także wskazała na odsłonięte półki wysokiego na 3.5 m regału z dziesiątkami segregatorów akt i dokumentów.

Ale on sam nie podjął żadnych działań, świadczących o jego zainteresowaniu dokumentami, nie wydał żadnej dodatkowej instrukcji, ani nie wyraził dezaprobaty, że niczego nie dostał do ręki. Zajęły go bowiem zaraz tematy finansowe, pytał o wielkość dotacji, o stan konta, dowiedział się o lokatach przeznaczonych na rekuperacyjny system wentylacji i wyposażenie placu zabaw, etc. Każdej z tych spraw poświęcał kilka minut. Wydaje się, że cały jego pobyt w gabinecie dyrektor nie przekraczał 20 minut. Na moje pytanie, skąd bierze się ów pomysł karania nas taką niełaską, odbierania ‘szafarstwa’ p. Lucynie, odrzucania mnie i p. Renaty i przejmowania działań wykonawczych nad przedszkolem przez księdza, osobę bez doświadczenia i kwalifikacji – każdorazowo powoływał się na ‘zalecenia’ ks. biskupa. Kiedy prosiłem o ich uzasadnienie mówił o ‘czerwonej’ kartce, którą od ks. biskupa dostał ks. Polak, „Przedszkole więc musiało dostać żółtą kartkę”, konkludował. „Konia z rzędem temu, kto tu znajdzie jakiekolwiek wyjaśnienie”, pomyślałem. Niemniej starałem się wciągnąć księdza w szczere i otwarte rozpoznanie sytuacji i równie szczere i otwarte ujawnienie prawdziwych przyczyn. Ks. Domirski okazał się impregnowany przeciw wszelkiemu logicznemu rozumowaniu i przeciw szczerości. Mantrą były ‘zalecenia’ biskupa, „których on jest jedynie realizatorem”. Udało mi się go jedynie przekonać o potrzebie okazania chociaż minimum obiektywizmu i rozmówienia się z nauczycielami, co też uczynił. Póki rozmowy te były ‘gorące’, nie mógł ukryć jednolicie pozytywnego obrazu założycielki Przedszkola, p. Lucyny Wojeńskiej, którą jak jeden mur kadra nauczycielska broniła i się o nią upominała. Kiedy jednak parę tygodni później ‘trzeba było’, już więc ‘na zimno’ stworzyć jakiś ‘dokument’ na potrzeby odpowiedzi na pozew p. Wojeńskiej do Sądu Pracy, ksiądz w przewrotny sposób kleci swoją notatkę (niby) z tych rozmów, tworząc obraz rozchwianych emocjonalnie i płaczących pań, które uspokajały się, gdy zapewniał, że nie stracą pracy. Ogólniki tam zawarte zostały zestrojone z innymi, zawartymi w jego ‘notatce z 6 lipca’ (gdzie rzekomo panie straszono zwolnieniami – czy to przez p. Wojeńskiego – obrzydliwe kłamstwo i absurd – czy to przez księdza, gdy zostanie dyrektorem. Prawda jest taka, że jedna lub dwie panie uroniły łzy, jak to kobiety, zwłaszcza, że dobrze zdawały sprawę z tego, że tym, który groził i zagrażał Przedszkolu, był nie kto inny jak ks. proboszcz. Ostatnio ks. Polak – łzy traumy... Nie chcą powtórki z nowym proboszczem – łzy prośby i nadziei... Jedna się rozpłakała, p. Nomen Cognomen, która rzeczywiście mogła wyglądać na rozchwianą emocjonalnie. Ale szkoda, że ksiądz nie napisał, dlaczego. Otóż, jak sama powiedziała p. Lucynie, p. NC była rozżalona sytuacją, niesprawiedliwym traktowaniem Przedszkola poprzez ‘szerzenie kłamstw w środowisku parafialnym (np. haniebna plotka, że „jedna z nauczycielek prowadzi dom publiczny”), szarganiem imienia wspaniałego dzieła, stworzonego przez p. Lucynę, i które również ona uważa za własne’. ‘Notatki’ Domirskiego nie zawierające żadnych szczegółów dotyczących wypowiedzi nt. przyczyn, poglądów, stanowisk, wiedzy, sprowadzone do oceniających ogólników, są groteskowe i nieużyteczne dla ustalenia rzeczywistego przebiegu opisywanych wydarzeń i rozmów. Z tymi ‘arcy-wytworami sztuki piśmienniczej’ przyjdzie nam jeszcze się, niestety, słowo w słowo zetknąć, więc na razie je pozostawmy w spokoju.

Póki co, jeszcze ‘na gorąco’ i (być może, chciałbym w to wierzyć) będąc pod wrażeniem rozmów z nauczycielkami, ks. Domirski (lub ‘lepsza jego strona’) powiedział, że ma pewien dylemat, mianowicie „bardzo pozytywna opinia nauczycieli o p. dyrektor” każe mu przemyśleć sprawę decyzji kadrowej, którą ma wobec niej podjąć. Mówił też, że porozmawia z kurią (ks. Mielnickim?) o możliwości zachowania przez p. Wojeńską jej dotychczasowych zadań.

Kilka godzin później, tego samego dnia 04.07.2017, ks. Domirski rozmawia z p. dyrektor przez nieco ponad 8 minut przez telefon (o godz. 13.42). Powtarza myśl o przekonującej, doskonałej opinii kadry nauczycielskiej na jej temat. Opinię tę przedstawił decydentom w kurii i wyraził zamiar zatrudnienia p. Lucyny na stanowisku ‘wicedyrektora’.

Pomijając już niedorzeczność tego ‘wspaniałomyślnego’ gestu, zgodnie z którym p. Lucyna (tu cytat z ust ks. Domirskiego) „wykonywałaby wszystko jak dotychczas, a ja byłbym dyrektorem”, pomijając jego groteskowość trącącą gangsterskim prostactwem, należy zwrócić uwagę na bezczelność księdza, który drwi (choć sam pewnie słabo to rozeznaje) ze zdrowego rozsądku ludzi, którzy raczej rozumieją, że zarządzanie instytucją edukacyjną we współczesnej Polsce nie może mieć nic wspólnego z dzieleniem się „postawem czerwonego sukna” (por. rozmowę Bogusława Radziwiłła z Andrzejem Kmicicem, 25. rozdz. I t. Potopu H. Sienkiewicza). Tak czy inaczej o takiej propozycji p. Lucyna usłyszała właśnie ten jeden raz (!), w 8-minutowej rozmowie telefonicznej dnia 04 lipca 2017 o godz. 13.42. Nie bez smutku nad zachłanną chytrością mówiącego, jak wyznała, pomyślała: „Cóż, ‘organ prowadzący’ chce więc nazywać się ‘dyrektorem’. Skoro mam robić to co robiłam, mogę równie dobrze nazywać się wicedyrektorem.” Na pytanie więc, czy się zgadza, odpowiedziała twierdząco. „A co z moimi zastępcami, p. Stanisławem i p. Renatą?”, zapytała jeszcze księdza. Nie uzyskała odpowiedzi. Potem widziała i słyszała się z nim tylko jeszcze jeden raz (!), przed wręczeniem jej wypowiedzenia w dniu 13 lipca, a mianowicie dnia 6 lipca 2017 na Radzie Pedagogicznej, na którą ksiądz został zaproszony, a więc wśród wielu świadków, którzy bardzo dobrze słyszeli, co kto mówił i zapewniam, że nikt nie potwierdzi jakiegokolwiek odrzucenia przez p. Lucynę takiej ‘propozycji’ księdza. Po Radzie rozstaliśmy się z optymistycznie postulowanym planem rocznego status quo oraz wspólnego dopracowywania nowego statutu (co też miał skonsultować z Kurią, która ‘podejmowała ostateczną decyzję’), ale z p. Lucyną nie spotkał się już ani razu, by przedstawić jakieś prawne i statutowe ramy działania mogące doprowadzić do przejęcia przez nią funkcji ‘wicedyrektora’, ani 4, ani 5, ani 6, ani 7, ani 8, ani 9, ani 10, ani 11, ani 12 lipca... 13 lipca wręczając jej wymówienie ks. Domirski mówił: „A mogła pani zostać wicedyrektorem!”  

Jak najkrócej wyjaśnić to dziwne wejście księdza do Przedszkola, jego prostacką strategię zarządczą, zakończoną jednak dużo bardziej zrozumiałym i bardziej ludzkim wahaniem i gotowością do kompromisu? Przecież już we wcześniejszych rozważaniach wydedukowaliśmy ‘przygotowanie’ księdza przez sfrustrowanego ‘uchodźcę’, ‘solidarnych’ urzędników kurialnych i usłużnych ‘księgowych’, wszelkiego rodzaju odtwarzaczy biogramów, donosicieli plotek, instruktorów polityk wokółparafialnych. To oni wedle wszelkiego prawdopodobieństwa tak urobili podatny jak plastelina umysł ks. Domirskiego. Dziwić może tylko to, że jego umysł okazał się tak plastyczny i otwarty na brudny, niemoralny punkt widzenia, na różnego rodzaju intrygi, szalbierstwa, gotowość do wyrządzania ‘świństw’... Wydaje się też, że kurialni bonzowie, notariusze, wikariusze i katecheto-dyrektor, a zwłaszcza ich zwierzchnik, JE ks. prof. bp Tadeusz Pikus, poznali się na tych ‘cnotach i zaletach’ kapłana z wiejskiego probostwa i dobrze wiedzieli o jego gorliwym, posłusznym i bezkrytycznym podejściu do otwieranych przed nim ‘przywilejów służby’.

6 lipca 2017 Po koszmarnie rozpoczętym dniu 4 lipca, wionącemu jednak w drugiej jego części oddechem nadziei na niejasny wprawdzie, ale obiecujący względną normalność kompromis, przyszedł czas słusznych wątpliwości, które wypełniły wieczór, noc i następny dzień. ‘Obietnica’ (‘wicedyrektorstwa’) jawiła się tak niejasno i absurdalnie („Pani wykonywałaby wszystko jak dotychczas [jako wicedyrektor], a ja byłbym dyrektorem”), tak nieodpowiedzialnie i korupcyjnie (nieuzasadniony podział stanowiska), padała w atmosferze kamuflaży i uników wyjaśnień, w przeczuciach nieczystych intencji, dziwacznej ambiwalencji tyrańskiej dezaprobaty i wymuszonej pochwały, że trudno było ganić wrażenie, iż może być srodze omylona i przeistoczyć się w pasmo przykrych niespodzianek... Ks. Domirski jeszcze 4 lipca na tym samym oddechu i w wielkopańskim tonie ‘dymisjonował’ nas, tj. panią dyrektor, mnie i p. Renatę, a zarazem podkreślał, że o Przedszkolu powszechnie panuje bardzo dobra opinia. Przedszkole z bardzo dobrą opinią chce przejąć, ale architektów tej opinii najlepiej wyrzuciłby precz. Zastanawiałem się, czego można się spodziewać po człowieku tak wewnętrznie sprzecznym (albo coś istotnego ukrywającym w sercu). Wtedy też, 4 lipca, ks. Domirski przyparty moją dociekliwością, z którą nijak poradzić nie umiał, dał wyraźnie a tępo do zrozumienia, że ‘nie widzi’ ze mną współpracy. Co więc z wizją i misją Przedszkola, którą nasza trójka współtworzyła, czyniąc z Przedszkola to, czym wtedy było, i które takim właśnie będąc stało się tak łakomym kąskiem, że kuria i jej proboszcz byli gotowi łamać wszelkie konwenanse i prawo, by go ‘połknąć’, wypluwając nas jako niesmaczne i niestrawne dodatki...? Kadrę nauczycielską wyraźnie też zaczął ogarniać kryzys. Swoje źródło miał on z jednej strony w rozpowszechnianej jeszcze w czerwcu ‘opinii’ nt. ks. Z. Domirskiego („dobry ksiądz”, „lubi dzieci”) i rozbudzonej z nią nadziei na powrót do spokoju i normalności, z innej  - - w zmęczeniu długotrwałą udręką zainicjowaną przez ks. Polaka, a (w powierzchownej ocenie niektórych osób) utrwalaną przez nieustępliwość p. dyrektor i moją. I tak jak zwykle bywa w podobnych sytuacjach, pod presją, u osób skłonnych dostrzegać tylko swoją cząstkę i dużo mniej ostro większą całość, nie rozumiejących splotu różnych aspektów kadrowych, prawnych i społecznych funkcjonowania ich Przedszkola, u których nie rozwinęła się też jeszcze w pełni egzystencjalna dojrzałość i docenianie dla unikalnego wymiaru pełnionej w obecnym kształcie misji nauczycielskiej... – – budzi się pod presją pokusa ulegnięcia silniejszemu, którym niewątpliwie jawił się nowy ks. proboszcz, uważany zresztą za zwierzchnika p. Lucyny, oficjalnie przecież będący reprezentantem organu prowadzącego (parafii), a przez wielu wręcz z nim (błędnie) utożsamiany. Dostrzegałem taką pokusę i uznałem ją za szkodliwą dla kondycji bieżącej i perspektywicznej naszego Przedszkola. W porozumieniu z p. dyrektor postanowiłem napisać na zaplanowaną na dzisiaj radę pedagogiczną uchwałę, przedłożyć ją do oceny i zaopiniowania nauczycielom, by za jej pomocą otwarcie i zgodnie z najlepszym rozeznaniem sytuacji wyrazić uczciwy dezyderat preferowanego trybu postępowania wobec żądań nowego proboszcza i rodzących się wokół nich wątpliwości. Zamieszczamy tekst tej uchwały. Wszyscy nauczyciele mający być obecni na radzie pedagogicznej  przeczytali ją i, jedni po krótszym, inni po dłuższym namyśle (być może z powodu nie najłatwiejszego języka tekstu), podpisem pod nią potwierdzili zawarte w niej stanowisko. Należy jednak wspomnieć, że zdaniem niektórych ‘wrażliwszych’ pań język uchwały chwilami wydawał się zbyt ostry i mógł nie służyć pojednaniu. Z pewnością miały na myśli tekst niektórych uzasadnień, ale przecież ks. Domirskiego nie dotyczyły te szczegóły, tylko jego historycznego poprzednika, a z tymi, których nie obejmował spór, nie potrzeba pojednania. Nie o pojednanie więc tutaj chodzi, ale o właściwe, szczere i niezafałszowane naświetlenie całej sytuacji, określenie pozycji, uprawnień stron, względnych zasług i stosownych oczekiwań. Poza tym istotą uchwały była prośba skierowana do „przedstawiciela Organu Prowadzącego [czyli do ks. Domirskiego] o nienaruszanie prawnego status quo Przedszkola przez najbliższy rok szkolny, potrzebny do przeprowadzenia z nowym [przedstawicielem] Organ[u] Prowadząc[ego] partnerskiej konsultacji nowych warunków funkcjonowania, w tym nowego statutu.” Mimo iż uchwała została podpisem zaaprobowana przez wszystkich obradujących, ostatecznie jednak nie była procedowana, ponieważ po przybyciu na radę ks. Domirskiego, p. dyrektor uznała, iż w/w postulat wybrzmiał przed księdzem na tyle dobitnie i wsparty został tyloma głosami nauczycieli i to w sposób dużo bardziej ‘miękki, kobiecy i upraszający’ niż w moim tekście, a ksiądz robił wrażenie sprzyjającego takiemu rozwiązaniu, że nie należy na tej sesji rady zostawiać proboszcza na okres wakacji w gorsecie literackich i profetycznych konstatacji, nie dla wszystkich łatwych do czytania, a jeszcze trudniejszych do zrozumienia i akceptacji...

Rada Pedagogiczna rozpoczęła się zatem ok. godz. 11.00., a jej przebieg streściłem wtedy w notatce, którą zamieszczam tutaj. O elukubracjach księdza na temat tej rady wspomniałem przy dacie 4 lipca. Również ta ‘notatka’ Domirskiego nie zawiera żadnych szczegółów dotyczących wypowiedzi nt. przyczyn, poglądów, stanowisk, wiedzy, i sprowadza się do egocentrycznej i bałamutnej wypowiedzi (zdradzającej raczej prawdziwe zamiary niż to co rzeczywiście powiedział), jest żałośnie jałowa i nieużyteczna dla ustalenia rzeczywistego przebiegu opisywanych rozmów. Będziemy jeszcze mieli nieprzyjemność się z nią zetknąć przy okazji omawiania pozwu i październikowej sprawy sądowej, więc na razie oszczędźmy sobie niesmaku...

13 lipca 2017 Odwiedzający naszą stronę internetową, blog i kalendarium w zasadzie nie potrzebują przypomnienia o tym, co się w ów czwartek wydarzyło. Jak obnażyłem to przy poprzednich datach w wyżej zamieszczonych tekstach, działanie księdza, polegające na całkowitym przejęciu Przedszkola, bezpardonowym wyrzuceniu z niego jego założycielki i prawowitej dyrektor Lucyny Wojeńskiej, uniemożliwieniu jej jakiegokolwiek dostępu do dokumentów i bezwzględnym odebraniu jakichkolwiek sposobności do obrony, było chytrze i pod osłoną zwodniczych ‘ponęt’ i obłudnych min/słów, usypiaczy czujności, zaplanowane oraz zdradziecko przeprowadzone we współpracy z drohiczyńskim klerem i lokalnymi stronnikami, nie wyłączając kilku podatnych na korupcję lub manipulację a nieproporcjonalnie do swych umiejętności ambitnych pracowników Przedszkola.

Ponieważ na poranek tego dnia przewidziana była rozmowa kwalifikacyjna dla dwóch pań ubiegających się o stopień nauczyciela kontraktowego, obecne prócz pani dyrektor Wojeńskiej miały być dwie inne osoby spośród 3 nauczycieli Przedszkola posiadających stopnień nauczyciela mianowanego (dyrektor + ci dwaj nauczyciele to wymagane przepisami dotyczącymi awansu zawodowego nauczycieli quorum komisji kwalifikacyjnej). Jako obserwator (zgodnie z tymiż przepisami) zaproszony zastał też ks. proboszcz (jako przedstawiciel organu prowadzącego Przedszkole). Ks. proboszcz się pojawił, ale nie pojawił się (wymagany przepisami) drugi nauczyciel. W ostatniej chwili okazało się, że nauczycielka nie dojedzie z uzasadnionych powodów zdrowotnych. Spodziewano się, że w jej miejsce pojawię się ja. Ale ja nieco wcześniej niż większość nauczycieli rozpocząłem już urlop (Przedszkole w tym czasie realizowało już tylko ‘dyżur wakacyjny’), zasłużony po intensywnie przepracowanym roku szkolnym bez jednego dnia zwolnienia chorobowego lub ‘zastępczego’ urlopu w jego trakcie. Zacząłem zresztą odczuwać niepokojące mnie nagłe spadki mocy i fale głębokiego i bolesnego znużenia. Ponieważ miałem sporo niewykorzystanych dni urlopowych, postanowiłem spożytkować je do systematycznej obserwacji własnego organizmu. To dlatego p. dyrektor nie naciskała zbytnio na to, abym się natychmiast stawił do Przedszkola, kiedy się okazało, że drugi nauczyciel mianowany nie przyjedzie. Zdecydowała się atoli nie odwoływać rozmowy kwalifikacyjnej i ewentualnie zaliczyć jej przebieg na poczet następnej, gdyby okazała się konieczna po zasięgnięciu odpowiednich opinii formalnych. Powiedziałem jej zresztą, że przecież znam pracę obu pań (przeprowadziłem z nimi niejedną ‘rozmowę kwalifikacyjną’) i nie widzę powodu, dla którego nie miałyby uzyskać owego najniższego w hierarchii nauczycielskiej stopnia awansu zawodowego. Pani dyrektor uznała to za rozsądne.

O, gdybyż podobny rozsądek (Rzymian 12,3) był po stronie tych, których otoczono zaufaniem, życzliwością i wsparciem na drodze do rozwoju i pięknych wyzwań i sukcesów...! Gdyby potrafiły oprzeć się pokusie szukania bezpieczeństwa na drodze układania się i wzmacniania tych, którzy nie mieli żadnego moralnego prawa do wydzierania owoców cudzej pracy i arbitralnego nimi szafowania. Czymże zaniepokojone zadziałały tak przecież nieubłaganie i nieodwracalnie (?) na pohańbienie i odarcie osób jakże zasłużonych, które wypielęgnowały owe owoce ze szczególną miłością, całkowitym poświęceniem i ze szczodrym pożytkiem również dla nich samych, teraz wolących spożywać je z zaborcami...! Czy może czuły się niewystarczająco hojnie obdarowywane przez tych, którym teraz z ich pomocą lub przyzwoleniem bezdusznie, niewdzięcznie i gwałtownie odbierano wszystko, dorobek z pracą i utrzymaniem, niepoliczony a ogromny osobisty wkład moralny, umysłowy i fizyczny, należnie zaskarbiony powszechny szacunek, uznanie i prestiż, i którzy teraz uginają się pod brzemieniem cierpienia, krzywdy i osamotnienia?

Niektórzy uważają, że miernikiem zaangażowania w zdradę jest ustalenie tego, co kto na niej zyskał... Cui bono... I chociaż zyskiem dla jednych jest otrzymanie jakiegoś nieosiągalnego wcześniej (i nienależnego) zaszczytu, dla innych docenienie prestiżowo brzmiącym (choćby i ponad możliwości zobowiązującym) przywilejem, to przecież dla innych, mniej ambitnych, miłośników ‘świętego spokoju’, zadowalająca może być większa swoboda, mniejsza kontrola, luzacki i niewymagający (bezkrytyczny) nadzór, etc... Nie przywiązuję się jednak do tych wyjaśnień. Wiem aż nadto dobrze, że oportunistyczne kalkulacje nawet sprytnych i przemyślnych osób bywają omylone, cóż dopiero przeciętnych. Rzeczy wcale nie muszą być takie, jakimi się wydają. W głębi serca sprzyjam przeświadczeniu o autonomicznym dążeniu człowieka do jedności z Samym Dobrem, Prawdą i Pięknem, o jego zdolności do „zastanowienia się” (Łukasza 15,17;21) i stanięcia w prawdzie. Tak czy owak, nie mam trudności w wybaczeniu słabości i życzę, podobnie jak sobie, takiej łaski rozeznania, jakiej potrzebują, by stanąć w prawdzie. Dlatego nie będę przywoływał ich nazwisk, chociaż jestem przekonany, że na tym właśnie ks. kł. in.(trygantowi) Domirskiemu bardzo by zależało, mianowicie by podzielić się z jak największą liczbą osób odpowiedzialnością za rozbój, grabież i znieważenie, których był chętnym wykonawcą. To dla zmiękczenia swojej odpowiedzialności wycierał sobie gębę ks. Polakiem (owszem, obskurantem i mściwcem, ale umiejącym się zatrzymać i nie akceptującym odpowiedzialności za żadną skrajność) oraz tak gorliwie na lewo i na prawo rozgłaszał i eksponował ‘wolę’ ks. biskupa, którego on jest jedynie (niemalże bezwolnym) instrumentem. Chętnie również gra na nielojalności niektórych pracowników (a pomagała mu w tym bardzo wydatnie, przynajmniej do niedawna, panna Bernaśkiewicz, usta i ręce panny Syed-siostrzenicy, owa super-audytor-i-nie-dyrektor, poprzez zastraszanie, obrzydzanie ze mną kontaktów, banalizowanie wyrządzonych nam krzywd lub poprzez ‘ponęty’ doraźnie okadzające niepewne sumienia).

Po owej rozmowie kwalifikacyjnej przeprowadzonej w ‘niepełnym’ składzie, za drzwiami pojawiły się 2 inne osoby, które miały odegrać rolę świadków i zastraszaczy w scenie drugiej tego dnia, a kluczowej w zamyśle ks. kł. in. Domirskiego. Był to ks. Michał Kisiel, znany z łagodności, oraz p. Walerian Niewiński, znany ze swojej nienawiści ‘do mojej osoby’ (w niedawnej przeszłości, będąc wykonawcą mojego domu, w niezawinionym przeze mnie, a zainicjowanym przez siebie starciu ze mną otrzymał gorzką lekcję za bezczelną nieuczciwość, partactwo i wyzysk pracowników). Zastanawiający jest taki dobór pomagierów księdza w zaplanowanej egzekucji. Miała ona ‘moją osobę’ obejmować, o czym świadczy nieco na skróty sklecony i ‘zbiorczo’ obejmujący panią dyrektor i mnie ‘protokół przekazania’, dokument towarzyszący wypowiedzeniom umów, temu wręczonemu p. Lucynie i temu, którego nie mogli mi wtedy wręczyć z powodu mojej nieobecności i pobytu na urlopie.

Proboszcz tłumaczył obecność obu mężczyzn. Są to świadkowie wręczenia p. Lucynie wypowiedzenia. Na wypadek, „gdyby go nie przyjęła”. Wyjaśnił, że p. Niewiński jest przedstawicielem Rady Parafialnej. Zadbanie przez księdza o towarzystwo 2 świadków jest samo w sobie dowodem jego rozwagi i w sferze słów godne przyklaśnięcia. Kiedy zastanowimy się jednak, jakim krzyżem okazał się w naszej nieodległej historii jeden z nich, powodem udręki mojej małżonki, p. Lucyny Wojeńskiej, która na sam jego widok doznawała skurczu żołądka, a teraz czuła na sobie jego tryumfujące spojrzenia, kiedy z zamglonym oczyma, drżącymi i niemal bezwładnymi rękoma zbierała swoje gadżety do pudełek i słyszała jak razy bicza szczęk wymontowywanego przez niego z drzwi zamka..., czy nie dostrzegamy po raz kolejny, jak nieczułym i bezdusznym oraz zakłamanym człowiekiem jest nowo zainstalowany proboszcz? Zamieszczamy tu kopię wręczonego pani Lucynie wypowiedzenia (o kłamliwych powodach tam zamieszczonych już pisaliśmy; zobacz też oświadczenie p. Lucyny z 13 lipca w Aktualnościach). Publikujemy też ‘protokół przekazania’, o którym wspomnieliśmy wyżej.

Nie cofnął się przed żadną podłością, by zapewnić skuteczne przeprowadzenie gangsterskiego wywłaszczenia, zawsze ją jednak obłudnie ubierał w szaty obowiązku, słuszności i woli wielkiego autorytetu. Ani też przed taką podłością - - żeby dla uzyskania większej pewności niewszczynania przez p. Wojeńską skargi sądowej na bezprawność zwolnienia z pracy zastraszyć ją enigmatycznymi świadectwami „pracowników i ich rodzin”, żalących się rzekomo na ‘mobbing’ dyrekcji, które opisał (z właściwą sobie jałowością) później miesiąc z okładem w odpowiedzi na pozew do sądu pracy złożony przez p. Wojeńską. Kł. Domirski nie omieszkał wtedy, 13 lipca, oczywiście dodać, że zostały te świadectwa przez tych świadków podpisane. Nie udało się, albo nie miał odwagi, sprokurować takich „podpisanych” świadectw w sierpniu, więc zadowolił się swoją opinią ‘na temat’ tych dwóch (!) rozmów, która zasługuje na taką samą reputację, co jego prostackie działania. Publikujemy te późne jego elukubracje. Nie daję wiary insynuacjom księdza o celu tych ‘wizyt’ jako skardze na rzekome zastraszanie pracowników przez ‘dyrekcję’. Absurdalne jest stawianie takich zarzutów właśnie p. Lucynie i mnie, osobom, które nigdy wobec nikogo gróźb i szantażu nie stosowały (a co najwyżej perswazję, prośbę lub ostrzeżenie), i to w obiektywnej sytuacji napięcia spowodowanego nie przez kogo innego niż sam kł. in. Domirski, do którego z kredytem zaufania, będąc w rozterce i nie rozumiejąc pryncypiów całej sprawy, w słabości i naiwności (z których oceny współczująco zrezygnowałem), z prośbą o łaskawe wobec pracowników Przedszkola działanie te dwie osoby się zwróciły (a raczej jedna, bo ta pierwsza pojawiła się z inicjatywy swego męża). Jeżeli więc napięcie spowodowane groźbami kł. in. Domirskiego wobec ‘dyrekcji’ i przedszkola powodowało nieuniknione w kobiecej emocjonalności, a nawet słuszne obawy oraz egzystencjalny lęk, jakiejż przewrotności trzeba, żeby winę przerzucić na samą ‘dyrekcję’, mało tego, nazwać to ‘mobbingiem’! Cóż, czy dziwić może, iż człowiek, który sukces Przedszkola uznał za godny ‘żółtej kartki’, nie rozumie powodów gorliwie wdrażanych przez siebie ‘zaleceń’ biskupa, wyraża „brak zaufania” wobec osób, których nie zna – czy dziwić może, że taki człowiek nie rozumie znaczenia słowa ‘mobbing’? Wciąż wydziera ta sama pazerna chytrość podszyta głupotą, zakłamaniem i egocentryzmem...

Kł. in. Domirski okazał swoiste przywiązanie do ‘legalności’ i ‘słuszności’ również w tym, że pokazał i pozwolił skopiować dwa dokumenty poświadczające jego ‘uprawnienia’ do realizowanego właśnie planu wynikającego z ‘wytycznych’ drohiczyńskiego biskupa, w szczególności zaś do zwolnienia dyrektor Wojeńskiej. Jeden to zaświadczenie wydane dwa dni wcześniej, tj. 11 lipca, przez Burmistrza Bielska Podlaskiego o zmianie wpisu do ewidencji placówek oświatowych, a mianowicie wykreślające ks. Polaka, a na jego miejsce wpisujące ks. Domirskiego jako reprezentanta organu prowadzącego Przedszkole Karmelki, którym jest Parafia p.w. MB z G. Karmel.

Drugi – i tu uwaga uwaga – to dekret sygnowany na 6 lipca (a więc dzień opisanej wyżej rady pedagogicznej z jej postulatem partnerskich rozmów na temat rozwiązań statutowych dla przedszkola), ułożony w imieniu biskupa drohiczyńskiego przez jego wikariusza, ‘ustanawiający przewielebnego’ kł. Domirskiego ‘dyrektorem’ Przedszkola Karmelki! Czysty akt arbitralnego woluntaryzmu ze strony aroganckich jaśniepanów hojnie i niefrasobliwie dysponujących dorobkiem cudzej pracy i życia ofiarnych, skrzętnych i gorliwych parafian. Pisaliśmy już o tym, że ów dekret nie ma żadnej mocy prawnej wiążącej dyrektor Przedszkola, nie jest on oparty na żadnych przepisach kodeksu pracy lub prawa oświatowego. Owszem, zupełnie się nie liczy z prawem polskim, któremu podlegają takie placówki oświatowe, jak Przedszkole Karmelki. I nie ma żadnego znaczenia, czy są one publiczne, czy niepubliczne. Muszą stosować polskie prawo, bo zostaną wykreślone z ewidencji i nie otrzymają dotacji państwowych! Można więc ów dekret traktować co najwyżej jako laurkę dla kł. Domirskiego oraz pożądaną dla niego aprobatę dyrektorowania w sytuacji wakatu na tym stanowisku (co mogłoby godziwie nastąpić np. po przejściu p. Lucyny na emeryturę, czyli za niecałe już 3 lata!) A jednak kł. Domirski się nim podparł, usprawiedliwiając wydalenie prawowitej dyrektor, a raczej się nim pochwalił, dowodząc, że jest pozbawiony krytycznego myślenia, przyzwoitości i szacunku dla inteligencji parafian. Z porównania obu w/w dokumentów wynika, że dla drohiczyńskich wyrośniętych dzieci z biskupimi pieczątkami ‘przewielebny’ mógł zostać ‘dyrektorem’ w każdym czasie, na zew ich chętki i igraszki, oczywiście więc nawet zanim legalnie został (zgodnie z obowiązującymi przepisami) reprezentantem organu prowadzącego Przedszkole...

„Chłopcy, przestańcie, bo się źle bawicie! Dla was to jest igraszką, nam idzie o życie” [biskup I. Krasicki, Bajki nowe, Dzieci i żaby]...