Co ks. Domirski pisze o swojej hucpie w notatce z ‘4 lipca 2017 r.’

01 lutego 2018

Po tym, co napisałem w poprzednich postach, a wcześniej w kalendarium-dossier ‘afery przedszkolnej’, kolejne pochylenie się nad księżowską elukubracją, opisującą jego pierwszą i od razu arogancką i potępiającą wizytę w Przedszkolu w dniu 4 lipca, wydawałoby się może niepotrzebnym z mojej strony samo-udręczaniem, zbytecznie repetytywne i wnoszące zbyt mało nowej wiedzy. Niemniej, chociaż uznając powyższe, gwoli rzetelnego i metodologicznie poprawnego dogodzenia obiektywnym kryteriom opisów wydarzeń, działań aktorów i ich intencji, ale wypowiadając się przecież w sprawie bardzo osobistej i potencjalnie narażonej na stronnicze manipulacje, chcę teraz skonfrontować notatkę księdza ‘opisującą’ jego wizytę w Przedszkolu dn. 4 lipca z wszystkimi innymi wątkami, które przedstawiłem w odniesieniu do tej daty, a także dat ją poprzedzających i po niej następujących, a zwłaszcza zwrócić Państwa uwagę na fałszującą wybiórczość tej ‘relacji’, niespójność z tym co uczynił jeszcze tego samego dnia (rozmowa telefoniczna w zupełnie innym duchu – a takich rozmów w dzisiejszych czasach nie da się wymazać, a więc i zignorować – o której w tej ‘notatce’ ani słowa!), kłamliwe manipulowanie proporcjami i znaczeniem poszczególnych fragmentów wizyty (dialog ze mną i p. dyrektor, jego minutowe ‘prośby’, a następnie długie rozmowy z paniami), bałamutne przemilczanie celu wizyty i intencji własnych wypowiedzi (nie pisze podstawowej rzeczy, że przychodzi, by przejąć przedszkole jako jego nowy dyrektor, a trudno traktować poważnie samo powoływanie się na enigmatyczne ‘zalecenia biskupa’, których intencji rzekomo nie znał, a w swojej ‘notatce’ zapisuje tylko swoje wnioski: ‘o naszym nieakceptowaniu zaleceń’), zniekształcone przywoływanie wypowiedzi innych osób bez podawania ich kontekstu w postaci choćby zasadniczej argumentacji przedstawianej mu na prowokatorskie roszczenia, które sam wypowiadał (ani słowem o nich w jego ‘notatce’!), nicość moralną bijącą od pozbawionych moralnych racji rzeczywistych działań, które obwieszczał, a o których w ‘notatce’ w ogóle nie pisze, mianowicie, że oto przejmuje przedszkole i zwalnia ze stanowisk osoby kierownicze; w końcu – na zatrważającą niewiedzę księdza o statusie prawnym przedszkola i jego funkcjonowaniu, a raczej na dezinformację, zresztą szczątkowych rozmiarów, którą wtłoczono w jego megalomański umysł, by rozeprzeć i rozbuchać do akcji jego próżniacze ego (mówi wówczas, że jest właścicielem przedszkola, choć w ‘notatce’ chytrze używa terminu ‘reprezentant właściciela’; przy finansach przedszkola, o które dość nieprzyzwoicie pyta prosto z mostu, pisze, że są na „koncie parafialnym”, zdradzając w ten sposób, gdzie jego zdaniem jest/powinno być ich miejsce).

Już po tym widać, że notatkę skroił znacznie później, specjalnie dla uzasadnienia ‘przyczyn’ zwolnienia z pracy p. Wojeńskiej (kiedy został przez nią pozwany do Sądu), dla tych ‘przyczyn’ bowiem nie posiada on żadnego liczącego się dowodu (dokumentu lub zeznania świadków), podczas gdy p. Lucyna posiada kontr-dowodów bez liku w postaci obowiązujących procedur, dokumentów (w tym rzeczy o które ‘prosił’ kł. Domirski, wcześniej dostarczone ks. Polakowi, prowadzącemu podobną gierkę, opisaną w poprzednim poście), a przede wszystkim świadków, wszystkich których w swej ‘notatce’ wymienia kł. Domirski oraz tych, których już po półtora miesiąca nie pamiętał i zapomniał przywołać w swojej lichej ramotce...

A oto jego ‘notatka z 4 lipca 2017 r.’:

»W dniu dzisiejszym odwiedziłem Przedszkole ,,Karmelki”. Spotkałem się w gabinecie Pani Dyrektor z Państwem Lucyną i Stanisławem Wojeńskimi i Panią Patrycją Bućko (księgową). Oświadczono mi, że Dyrekcja przedszkola nie akceptuje zaleceń ks. Biskupa i uważa je za głęboko niesprawiedliwe. W trakcie spotkani[a] padło stwierdzenie Pana Stanisława Wojeńskiego, że ze względu na zasługi Państwa Wojeńskich Przedszkole Parafialne Karmelki jest ich i jedynie mieści się w budynkach parafialnych.

W dalsz[ej] części spotkania poprosiłem jako reprezentant właściciela o wgląd w akta osobowe pracowników oraz o umowy o pracę. Nie udostępniono ich mi. Następnie poprosiłem panią księgową o przedstawienie mi sytuacji finansowej przedszkola. Miałem wrażenie (dokumentów mi nie udostępniono), że nie jestem rzetelnie informowany. Odczucie to opieram na tym, że gdy zapytałem o stan konta Pani Księgowa poinformowała mnie, że na koncie parafialnym znajduje się 2700 zł. W dalszej części rozmowy pani Lucyna Wojeńska poinformowała mnie, że niedługo rozpoczną się prace nad poprawieniem wentylacji przedszkola, które będą kosztować 50 000 zł. Na pytanie o sposób finansowania inwestycji oświadczyła, że przedszkole posiada pieniądze na lokatach. O istnieniu lokat pani księgowa Patrycja Bućko wcześniej mnie nie poinformowała.

Następnie na moje żądanie przeprowadziłem kilka rozmów „w cztery oczy” z paniami wychowawczyniami. Wszystkie osoby były bardzo rozchwiane emocjonalnie (płakały). Zapewniały mnie o swoim poparciu dla Dyrekcji. Charakterystyczne wydało mi się to, że gdy je zapewniałem, że planowane zmiany w przedszkolu nie wiążą się ze zwolnieniami z pracy kadry wychowawczej, Panie się uspokajały.«

‘Spotkałem się’ i zaraz ‘mi oświadczono’? To nie pamięta ksiądz, że to p. Renata Sęk, drugi zastępca dyrektora, uprzejmie wprowadziła go w ubogie progi ‘gabinetu Pani Dyrektor’ i była dużo bardziej niż powietrze zauważalnym świadkiem jego żenującej maskarady? Oczywiście o tym zapomniał. Po półtora miesiąca. Zapomniał też, że w ‘normalnej’ notatce, pisanej w miarę obiektywnie, na początku pisze się, jak się zostało przyjętym. A przyjętym ksiądz został serdecznie, z należytym szacunkiem i właściwą etykietą, gościnną propozycją etc. Pewnie zresztą ksiądz i wtedy na to nie zwracał uwagi, bo jedne z pierwszych słów, które skierował do p. dyrektor, były zupełnie nie na miejscu, a wytrącały (chyba celowo, a jeśli nie, to świadcząc o nieokrzesaniu przybysza) z normalnego trybu, w jakim szanujący się i obdarzony obowiązkami człowiek na społecznie znaczącym stanowisku podejmuje jakiegokolwiek gościa, a cóż dopiero, jeśli jest to ważny gość, z wizytą po raz pierwszy, do którego osobowości i przyszłych relacji z nim przypisuje się ogromne znaczenie dla umocnienia dobrego samopoczucia i zaufania wobec zarządu parafii, nadszarpniętych przez lekkomyślność, arogancję i szykany poprzednika. Otóż, ‘najprzewielebniejszy’ oświadcza – tak, on, nie ja – że ‘nie ma zaufania do p. Lucyny Wojeńskiej i p. Stanisława Wojeńskiego. On przejmuje przedszkole, zostaje z woli biskupa dyrektorem, my zaś możemy zostać, o ile przyjmiemy zwyczajne stanowiska (ja „zwykłego” nauczyciela, a p. Lucyna – tu się wahał, ale zaraz palnął – może pracownikiem gospodarczym...)’. To przede wszystkim należało zawrzeć w swojej notatce! Od tego zacząć! Bez tego bowiem grubiaństwa, tak zainicjowanego i w ten sposób dalej kontynuowanego, nie można przecież zrozumieć ani ogromnego zdenerwowania p. Lucyny, ani mojej rosnącej irytacji (zwłaszcza wobec wysłuchiwania na moje pytania i prośby tępych odpowiedzi duchownego), ani szerzącego się jak pożar popłochu wśród kadry.

Bo jeśli, przychodząc, w dniu 4 lipca, do Przedszkola Karmelki, w pierwszych słowach – zamiast okazania bezstronnej chęci poznania czołowych działaczy tego parafialnego skarbu, zamiast wyrażenia uznania dla prowadzonego z takim rozmachem dzieła edukacyjnego, pochwały dla jego twórcy, dyrektor Lucyny Wojeńskiej, dla całego zaangażowanego zespołu, zamiast solennej deklaracji współpracy i umacniania tego dzieła, zamiast zwykłego i przyzwoitego zachowania respektującego zasługi i godność ludzką – – ponuro dyszy groźbami, wyraża dezaprobatę, ‘pokazuje żółtą kartkę’, z góry skreśla współpracę z twórcą Przedszkola, a także ze mną i p. Renatą Sęk, a równocześnie nie podaje żadnego uzasadnienia takich ocen, niczego nie wyjaśnia, a swoje grubiaństwo i impertynencję uzasadnia wyłącznie właśnie ‘zaleceniami’ biskupa, – – –  czy jest to mało znacząca wymiana myśli, epizodzik bez wpływu na słowa, postawy i zachowania tych, przed którymi to zostało powiedziane, zakomunikowane i zawyrokowane? Sprawy ‘zaleceń biskupich’ nie będę tu poruszał, gdyż wystarczająco omówiłem je w ‘komentarzu do protokołu’ (zobacz). Również przebiegu ‘spotkania’ z księdzem nie będę powtarzał, bo uczyniłem to już w różnych częściach ‘Kalendarium’, w tym tych odnoszących się do 3 lipca i 4 lipca (zobacz).

Wiem, że z moich opisów wyłania się nieszczególnie sympatyczna postać ks. Domirskiego jako załganego intryganta. Dodać jednak należy, jak to już w wielu miejscach zrobiłem, że nie można mu odmówić ‘szczerości’ w tym, co robił, oczywiście specyficznie rozumianej, jako ślepego zaufania kapłana wobec przełożonych, cieszącego się z perspektyw przywilejów, które nań zsypywano. Tak, czy owak, należy przestać poważnie myśleć o jakichkolwiek deklaracjach, wyjaśnieniach bądź obietnicach, które składał ks. Domirski. Nic w jego wypowiedziach nie było prawdą. Przyszedł z precyzyjnie uknutą intrygą, którą ująłem w cztery punkty (zobacz „poważne wyjaśnienie sprzeczności” protokołu biskupa w Kalendarium, 3 lipca). Mydleniem oczu było mówienie o „czerwonej kartce’ dla ks. Polaka, „żółta kartka” dla nas była w istocie ‘kartką czerwoną’, a chęć jego przejęcia przedszkolnego dyrektorstwa – w rzeczywistości chęcią przejęcia przedszkolnej kasy. I w tym świetle należy czytać całą niemoralną maskaradę, którą rozegrał w dniu 4 lipca, oraz później, 6 lipca, by w akcie trzecim, w dniu 13 lipca, przeprowadzić inscenizację wypędzenia p. dyrektor Lucyny Wojeńskiej, czyli właściwą, docelową kulminację kurialnej intrygi. Tak pisałem wcześniej, a tu powtarzam, suplementując kulawą ‘notatkę’ naszego ‘zapominalskiego kłamczuszka’.

Oczywiście tego nie chciał, nawet jeśliby potrafił, napisać w swojej ‘notatce’. Nie o prawdę bowiem chodziło łgarzowi i intrygantowi, kiedy ją prokurował...

Dalszy ciąg wnikliwej (‘krytyczno-literackiej’), w tym na tle zaświadczonych faktów, analizy ‘notatki’, a zarazem i umysłu ks. Domirskiego, już w ciągu najbliższych dni...