Prawdziwe kulisy sprawy wyłaniające się z analizy ‘Odpowiedzi na pozew’ ks. Domirskiego: więcej zdumiewających szczegółów!
(wpis z dn. 8 stycznia 2018)
Tekst odpowiedzi ks. Domirskiego (sporządzonej ręką jego radcy prawnego) z 30 sierpnia 2017 na pozew pani L. Wojeńskiej (zredagowany przez jej radcę prawnego) jest bardzo niewymagający myślowo i w zasadzie obejdzie się bez technicznych objaśnień, dla pewności jednak zwracam uwagę na termin ‘powódka’ – oznacza on panią Lucynę, inicjatorką pozwu – oraz ‘pozwana’ – oznacza on parafię zarządzaną przez ks. Domirskiego, tj. parafię p.w. MB z G. Karmel w Bielsku Podlaskim, gdyż ona jest ‘osobą’ (prawną), która zatrudniła i określała się jako ‘pracodawca’ (reprezentowana przez proboszcza) pani dyrektor (zobacz pierwotna umowa o pracę oraz dowolny aneks do umowy) i ona ją zwolniła z pracy poprzez swojego administratora, czyli proboszcza (zobacz ‘wypowiedzenie’). Tekst ‘odpowiedzi na pozew’ pełen jest jednak nieścisłości, przeinaczeń i przekłamań; ponadto zdumiewa niechlujstwem myślowym, niefrasobliwością etyczno-prawną i powierzchownym traktowaniem przywoływanych faktów; toteż wymaga licznych sprostowań, dużo liczniejszych niż tych kilkanaście, które zamieszczę poniżej. W opublikowanych dotąd postach wyłania się dość klarowny obraz rzeczywistych okoliczności brutalnej czystki kł. Domirskiego, niemniej w tych kilku uwagach, które poniżej czynię, wiele można się nauczyć o sposobie myślenia zarówno in. Domirskiego, jak i jego mocodawców, JE ks. bpa i jego kurialnych urzędników. Nie dziwmy się też żenującemu poziomowi tej ‘odpowiedzi’, bo przestaje ona razić, gdy się weźmie pod uwagę towarzyszące jej załączniki, w tym zwłaszcza te sporządzone przez księdza. Jaki ‘wsad’ – taki ‘produkt’ wyjściowy, a ponadto z ułomków i krętactw nie da się utkać kształtnej szaty prawdy. [Pozostawiam oryginalną interpunkcję, uzupełniając jedynie brakujące litery; czasem uwypuklam tekst czcionką kursywy.]

W akapicie trzecim str.2 czytamy: „Powódka wskazuje na zdarzenie związane ze zwolnieniem z pracy dozorcy zatrudnionego w przedszkolu. Okoliczność ta znana jest pozwanej, przy czym pozwana w sposób odmienny ocenia okoliczności tego zdarzenia. Powódka podnosi, że dozorca wykonywał nieodpłatnie prace na rzecz Parafii, zamiast pracować dla przedszkola, przy czym z relacji świadków wynika, że przyczyną zwolnienia było nieuprzątnięcie śmieci, w postaci plastikowej butelki, z ter[e]nu przedszkola, zaś ten sam pracownik miesiąc wcześniej otrzymał nagrodę za sumienne i rzetelne wypełnianie obowiązków. Konflikt na tym tle doprowadził do dyscyplinarnego zwolnienia dozorcy, pomimo interwencji ówczesnego księdza proboszcza.” „Z relacji świadków wynika, że przyczyną ...” Kłamstwo. Rzecz jest dokładnie zrelacjonowana w dokumentach (zobacz notatka służbowa z 7 kwietnia, z 21 kwietnia, odpowiedź z 25 kwietnia, list do biskupa z 25 kwietnia). Świadkowie, prawdziwi (a nie ks. Polak, tu wyznaczany na świadka przez kł. Domirskiego; ’ówczesny proboszcz’ nie był nawet zainteresowany sprawdzeniem sytuacji, ale też nigdy jej nie kwestionował), tj. osoby wyznaczone nazajutrz przez p. Lucynę do sprzątnięcia ‘terenu’ (i znowu, nie ‘przedszkola’, tylko ogrodu parafialnego z placem zabaw dzieci!). Panie wyniosły wtedy z terenu 2 dwustulitrowe wory śmieci, w tym sporą kupę rozbitego szkła. Wspomniana ‘nagroda’ z poprzedniego miesiąca to kurtuazyjny, humanitarny i katolicki prezent  na nadchodzące święta wielkanocne (odzwierciedlający nasze przywiązanie do tradycji). Dostali go wszyscy pracownicy, bo taki zwyczaj miała p. dyrektor i w ogóle na święta wszyscy pracownicy Przedszkola, bez względu na zasługi, dostawali większą premię, jedyny sposób (zgodny z regulaminem płac) uzasadnienia zwiększonego wynagrodzenia. W przypadku dozorcy p. dyrektor miała oczywiście dylemat, co odzwierciedlało się najniższą, na tle całej kadry, kwotą jego ‘nagrody’. Poza tym, zgodnie z ustną umową z ks. Polakiem (a wszystkich umów należy dotrzymywać!), w okresie grzewczym dozorca otrzymywał zwiększoną premię, którą redukowano do poziomu minimalnego po okresie grzewczym. Zarobki dozorcy p. dyrektor dostosowała do ustaleń z księdzem. (Nigdy jednak nie było w tych uzgodnieniach mowy o utracie usług pracownika!) W tym miejscu, z uwagi na fakt, że zgodnie z umową pracy premię dyrektorowi przyznawał organ prowadzący, tj. ks. Polak (zobacz mówiący o tym aneks do umowy o pracę), warto zadać pytanie, czy na ten humanitarny akt zdobył się jej ‘pracodawca’ chociaż raz i choćby wtedy, przed świętami wielkanocnymi, lub wcześniej, bożonarodzeniowymi? Nie, nigdy (nigdy p. Lucyna nie otrzymała nawet 1 złotówki premii, czy innej ‘nagrody’)! Zbyteczne jest więc dowodzić, że ‘zwyżka’ wynagrodzenia dozorcy nie była ‘nagrodą za sumienne i rzetelne wypełnianie obowiązków’. Sam natomiast fakt, że dozorca był ‘nagradzany’ (tj. wypłacano mu pensję), mimo naganności jego stosunku do pracy wobec Przedszkola, świadczy tylko o tym, że p. dyrektor obawiała się nadwyrężać relacje z ks. Polakiem, bo dozorca ewidentnie był jemu potrzebny i użyteczny, a p. dyrektor chciała księdza zadowolić. To à propos „narastania konfliktu” (o czym fantazjuje autor w poprzednim akapicie swojej ‘odpowiedzi’) – na pewno nie działo się to (jeśli w ogóle się działo) z winy p. dyrektor.

Pani Lucyna tolerowała więc zawłaszczenie pracownika przez proboszcza, ale tolerancja ta musiała mieć granice. Nie mogła przecież dłużej przymykać oczu na tak rażące działanie pracownika (zlekceważenie bezpieczeństwa dzieci i równoczesne wykonywanie prac dla proboszcza), zwłaszcza kiedy okazało się, w aroganckiej postawie dozorcy, że poziom jego demoralizacji (z winy ks. proboszcza) nie rokuje jakichkolwiek perspektyw uzyskania od niego w normalnym trybie nawet tak podstawowych usług, jak te związane z bezpieczeństwem placu zabaw dzieci. Dalsze ‘zadawalanie ks. proboszcza’ byłoby godzeniem się na bezczelne okradanie kasy przedszkolnej, a więc i Państwa i podatników-rodziców, poprzez lekkomyślne trwonienie pieniędzy na bezużytecznego, aroganckiego i potencjalnie szkodliwego pracownika. Autor ‘odpowiedzi’ przekręca więc prawdę również przez przemilczenie motywów ‘interwencji ówczesnego księdza proboszcza’ oraz rzeczywistej natury wszczętego przez niego ‘konfliktu’ z przedszkolem. Ks. Polak nie tyle domagał się utrzymania zatrudnienia dozorcy, ile utrzymania jego finansowania przez Przedszkole, wbrew oczywistej niemoralności takiego żądania. Mimo że to parafia powinna zatrudniać swoich kościelnych, ks. Polak nie miał na to pieniędzy, nie próbował ich znaleźć, żądał tej usługi od Przedszkola... I ks. Polak, i JE ks. bp, jak również ks. Mielnicki, a zatem i sterowany przez niego ręcznie ks. Domirski doskonale znali te motywy zwolnienia dozorcy. Przecież zostało to szczegółowo omówione (patrz notatka ze spotkania), uzgodniono środki łagodzące i padła deklaracja zatrudnienia byłego ‘dozorcy’ na kościelnego parafii (deklarację taką przed biskupem złożył ks. Polak)... Autor ‘odpowiedzi’ udaje, że nic o tym nie wie. Szczątkowa ‘prawda’ może być piramidalnym oszustwem. Tak jest tutaj. I już na tym etapie można by przestać komentować tę ‘odpowiedź’, gdyż przez takie prezentowanie faktów, dość podstawowych zresztą, autor ‘odpowiedzi’ dyskredytuje siebie w odniesieniu do dalszych spraw, które wymagają dużo wyższego poziomu uczciwości.

Ks. Domirski poprzez przytoczony wyżej akapit ‘odpowiedzi na pozew’ nie tyle jednak nas żenuje niedostrzeganiem związku między ‘wykonywaniem przez dozorcę nieodpłatnie prac na rzecz Parafii, zamiast pracować dla przedszkola’ a ‘przyczyną zwolnienia ... nieuprzątnięcie śmieci...z terenu [placu zabaw]’, ile nas zatrważa zupełnym brakiem zainteresowania i bagatelizowaniem sprawy bezpieczeństwa dzieci. Pamiętajmy: to temu człowiekowi JE ks. bp ‘wspaniałomyślnie’ wyznaczył wykonawczą władzę nad instytucją wychowującą te dzieci i to on bezwzględnie wyrzucając instytucji tej czułą opiekunkę władzę tę uzurpuje... Wątpię też, by którykolwiek ze wspomnianych tu duchownych w swoich kalkulacjach choćby przez chwilę pomyślał o tych dzieciach i ich dobru...

(wpis z dn. 9 stycznia 2018)
W następnym akapicie czytamy: „Powódka była także w konflikcie z mieszczącym się w tym samym budynku Warsztatem Terapii Zajęciowej, utworzonej przez Caritas Diecezji Drohiczyńskiej. Zajmowanie przez t[ę] organizację pomieszczeń nie wpisywało się w wizję rozwoju przedszkola p. Dyrektor, w sytuacji, gdy zarówno pomieszczenia przedszkola, jak i Warsztatu mieszczą się w poklasztornym budynku parafii. Poprzedniemu księdzu proboszczowi, jak i obecnemu zależało na utrzymaniu i funkcjonowaniu obu tych instytucji, z uwagi na fakt, że każda z nich ma istotne znaczenie dla lokalnej społeczności. Istotne było także to, że obie instytucje, które zostały założone w duchu i z myślą o krzewieniu wartości chrześcijańskich nie powinny ze sobą konkurować i rywalizować. Nie da się ukryć, że istniejący konflikt został dostrzeżony także przez księdza Biskupa, który w swoich zaleceniach, po wizytacji parafii, wskazał na konieczność zadbania o harmonijne funkcjonowanie obu tych jednostek, ich współpracę i podejmowanie wspólnych działań we wszystkich możliwych obszarach.”

Autor ‘Odpowiedzi’ nie oddając w skomentowanym akapicie sprawiedliwości istocie ‘konfliktu z proboszczem’ (bo z oczywistych względów nie chce pisać o konflikcie wznieconym przez proboszcza z powodu nieuprawnionych jego żądań tak naprawdę natury finansowej), w tym akapicie wymyśla ‘konflikt z Warsztatem’. Nic nie można zarzucić relacjom pani dyrektor Lucyny Wojeńskiej z Warsztatem w kwestiach zwykłej współpracy, a zwłaszcza dotyczącej krzewienia wartości chrześcijańskich! Tutaj chętnie sobie pomagaliśmy i dzieliliśmy się zgodnie współużytkowaną salą widowiskową, a nawet ustępowaliśmy ze swoich (pozyskanych wcześniej sal leżących po obu stronach sali widowiskowej), by ułatwiać Warsztatowi przeprowadzanie ich uroczystości, mimo iż oznaczało to dużą niedogodność dla nas (tłoczenie się dzieci z kilku grup w pozostałych salach, ‘przymusowe wycieczki’ etc.) Nigdy nie było jednak na tym tle ani sprzeczek, ani sporów. Nigdy nie dochodziło do ostrej wymiany słów. P. Lucyna znana jest ze spokojnie przeprowadzanych negocjacji, których wynik był akceptowany przez obie strony.

Tak jak w przypadku owego ‘mobbingowania’ (zobacz wpis dot. 13 lipca) ksiądz ma kłopoty (zwłaszcza wtedy, kiedy jest to dla niego korzystne i może na innych zrobić wrażenie) z terminologią. I oczywiście z uczciwością... ‘Konflikt’ jest tu (chyba celowo) mylony ze sprzecznością interesów lokalowych: Warsztatowi zależało na status quo, Przedszkole zaś ze swej natury wymagało rozwoju: 4 roczniki dzieci (kompletowane w miarę rozwoju Przedszkola) wymagały adekwatnej lokalizacji, a w sytuacji posiadania 3 sal, w tym dwóch niewielkich, nie dawało to szans na funkcjonowanie pełnego przedszkola. Po trudnych negocjacjach udało się uzyskać od Warsztatu 2 malutkie przestrzenie magazynowe po obu stronach sali widowiskowej, które udało się przystosować dla połówek roczników; od września 2016 dla jednego z roczników nie było już miejsca w budynku poklasztornym; w przybliżeniu więc naszych 130-ro dzieci zajmowało ok. 250 m2, zaś Warsztat z 38 osobami niepełnosprawnymi – grubo ponad 300m2. Taka sytuacja mogłaby rzeczywiście tworzyć napięcia, a przynajmniej podejrzliwość, zwłaszcza odkąd pojawiła się informacja od Caritasu i od kierownik Warsztatu (pani Moniki), wielokrotnie powtarzana, o planach opuszczenia przez Warsztat zajmowanej części budynku w związku z mającą być budowaną nową lokalizacją Warsztatu. Obietnic tych ostatecznie nie dotrzymano (w ‘międzyczasie’ też zmienił się dyrektor Caritasu), a w dużej mierze w oparciu o te obietnice dokonaliśmy rekrutacji, dla której p. Wojeńska musiała potem szukać pomieszczenia poza budynkiem klasztornym. A mimo to nie okazywała nigdy niechęci pani kierownik Warsztatu (ani tym bardziej jej pracownikom). Zawsze się uprzejmie witały i uzgadniały swoje plany. O dobrych relacjach osobowych (bo biznes to biznes, ale ludzi trzeba traktować po chrześcijańsku) świadczy też fakt, że wysoka rangą pracownica Warsztatu (zastępca pani kierownik) jest jednym z zadowolonych rodziców korzystających z Przedszkola Karmelki (przynajmniej do czasu dokąd p. Lucyna była jego dyrektorem).

Trudno zresztą wyobrazić sobie inną współpracę obu instytucji niż ta, która była przez p. Lucynę i p. Monikę realizowana. Jeżeli zaś „harmonijne współpracowanie” (tak jest w przywoływanym na świadectwo ‘Protokole’, a nie „funkcjonowanie”!) miałoby polegać na zaprzestaniu przez Przedszkole oczekiwania na spełnienie obietnicy Caritasu co do nowej lokalizacji Warsztatu, a tym samym umożliwienie rozwoju Przedszkola w obrębie murów poklasztornych, to sprawa ta została niedwuznacznie rozstrzygnięta przez JE ks. bpa podczas zrelacjonowanego pod datą 28 kwietnia 2017 spotkania (patrz też notatka). Pozbywszy się resztek złudzeń co do tego braliśmy odtąd pod uwagę dwie drogi: 1) rozszerzanie się Przedszkola poza mury poklasztorne (mieliśmy m.in. pomysł budowy ‘parterowca’ dla 2-3 oddziałów przedszkolnych na terenie ogrodu parafialnego, nie udało się nam jednak go przedstawić nowemu proboszczowi...), a w okresie przejściowym korzystanie z wynajmowanych lokalów (jak ten, który mieści obecną grupę Dam i Rycerzy); 2) stopniowe ‘zwijanie’ obecnej wielkości Przedszkola do czterech 15-20-osobowych grup, które dałoby się rozsądnie, higienicznie pomieścić na dysponowanych w budynku poklasztornym powierzchniach. Nie ukrywam, że wobec okropnej współpracy z ks. Polakiem pod uwagę braliśmy raczej wariant drugi. Perspektywa współpracy z nowym proboszczem na krótko rozbłysła w naszych umysłach złudzenie wariantu pierwszego...

Autor ‘Odpowiedzi’ wplątując w wymyślony przez siebie ‘konflikt’ ‘zalecenia’ ks. bpa ‘robi z igły widły’, nadinterpretując prosty fakt braku pasterskiej koordynacji współpracy obu instytucji ze strony ówczesnego proboszcza, którego to braku z pewnością nie można włożyć na karb zaniedbań ze strony dyrekcji Przedszkola (porównaj tu także sprawę ‘katechez’ ks. Polaka dla Przedszkola w liście do ks. bpa z 25 kwietnia, piśmie do ks. Polaka z 26 kwietnia oraz notatce ze spotkania z ks. bpem z 28 kwietnia) oraz jeszcze prostszy fakt uznania potrzeby zadowolenia się przez Przedszkole obecnym stanem ‘posiadania’ (co zostało dobitnie wypowiedziane i przyjęte na spotkaniu z bpem). Zatem znowu Autor tekstu ‘Odpowiedzi’ (z ‘materiałów’ kł. Domirskiego) przewrotnie buduje na trudnej sytuacji lokalowej Przedszkola, by poprzez przemilczenie istotnych faktów, przekręcenie lub podkręcanie innych wytworzyć obraz kłótliwej dyrektor, arogancko postponującej dzieła Caritasu. Obrzydliwa, kłamliwa insynuacja nie mająca nic wspólnego z rzeczywistymi problemami Przedszkola, wydarzeniami i charakterem ‘powódki’...

(wpis z dn. 12 stycznia 2018)
W akapicie 1 str. 3 czytamy: „Powyższe okoliczności, jak również niezwykle bogaty i szczegółowy opis „zaangażowania powódki w przedszkole”, pokazują, że powódka traktowała prowadzenie przedszkola jako własny biznes, w rzeczywistości oderwany od ideologii chrześcijańskiej, której głoszenie legło u podstaw utworzenia przedszkola. W sposób ewidentny widać, że powódka nie liczyła się ze zdaniem i oczekiwaniami organu prowadzącego, innych członków wspólnoty korzystających z zasobów parafii, a nawet ze zdaniem i oceną księdza Biskupa. Najważniejsza była realizacja osobistych celów i planów p. Dyrektor.”

Opierając się na jakiejś tajemniczej logice (którą wywołuje jak różdżką czarodziejską za pomocą zaklęcia „pokazywać” [czytaj: „wykazałem, że”] oraz „w sposób ewidentny”) autor ‘Odpowiedzi’ konstatuje, że zaangażowanie i traktowanie pracy nad pięknym dziełem jako nad czegoś ‘własnego’ nie jest już cnotą i jest wręcz niechrześcijańskim wybrykiem. Za myślą tego akapitu stoi przedziwny etos pracy, w porównaniu z którym styl ‘mierny, bierny, ale wierny’ wymaga i tak nadmiernej aktywności. Autor (Polak i Domirski) kompletnie nie rozumieją dynamiki funkcjonowania przedszkola i fantazjują na temat tego, co powinna, a czego nie powinna robić jego dyrektor. Zwykłe działanie odpowiedzialnego menadżera polegające na osiąganiu dla przedszkola pełno-oddziałowości (tj. 4 odpowiednio licznych oddziałów, dla każdego rocznika dziecięcego, 3-, 4-, 5- i 6-latków) ‘opisuje’ jako hiperaktywność podyktowaną niezdrową ambicją!

Stylistyka tej części ‘Odpowiedzi na pozew’ jest cyniczna i gołosłowna. Bez żadnego dowodu próbuje przemycić podłą insynuację o działaniu na przekór woli organu prowadzącego lub biskupa. Na przekór jakiej biskupiej wypowiedzi? Wbrew jakiemu dokumentowi, instrukcji? Jedyne ustalenia z ks. biskupem (zob. notatka ze spotkania 28 kwietnia), mianowicie w sprawie możliwości wykorzystania dalszych pomieszczeń budynku poklasztornego, były co do joty i przecinka przez panią dyrektor respektowane, mianowicie w postaci wyzbycia się złudzeń, wcześniej rozbudzonych przez dyrektora Warsztatu (i powtórzonych p. dyrektor Wojeńskiej przez ks. Polaka i panią kierownik Warsztatu), co do perspektyw rozwoju w tym budynku. Cóż innego można było zrobić? Przecież nie dokonano żadnego zaboru, z którego trzeba by było się wycofywać. Ostatecznie też, po tym jak ks. Polak, wymówił grupie 5-latków pomieszczenie pod plebanią, p. Dyrektor musiała dla niej poszukać odpowiedniego lokalu dostępnego na rynku nieruchomości pod wynajem. Czy fakt, że ks. Polak postąpił tak nieczule i bezwzględnie (a pozwolił sobie na taką niefrasobliwość na spotkaniu z biskupem – zobacz notatka) i w zainicjowanym przez siebie kryzysie pozostawił radzenie z nim p. Lucynie, umywając całkowicie ręce od jakiejkolwiek pomocy, oraz fakt, że p. Lucyna podjęła wyzwanie i znalazła odpowiedni lokal blisko budynku poklasztornego, ratując tym samym rekrutację 3-latków (wstyd wypominać, ale jedyna pomocna rada ks. Polaka, organu prowadzącego, była: „nie rekrutować 3-latków!), czy te fakty są „ewidentnym” dowodem traktowania przedszkola jako „prywatny biznes”? Czy ratowanie wigoru instytucji (poprzez zapewnienie ciągłości rekrutacji) jest wyrazem „oderwania od ideologii chrześcijańskiej”? Może i jest, ale wtedy boję się definiować to, co autor przez tę „ideologię” musiałby rozumieć...

 (wpis z dn. 14 stycznia 2018)

W następnym akapicie czytamy: „Wbrew twierdzeniom powódki, zastrzeżenia co do jej sposobu zarządzania, a w szczególności traktowania podwładnych, mieli także członkowie Rady Pedagogicznej. Po spotkaniu w dniu 6 lipca 2017 r. z członkami Rady Pedagogicznej do obecnego księdza proboszcza dzwonili członkowie rodzin nauczycielek, że te były zastraszone i zmuszone przez p. Dyrektor i jej męża, do wyrażenia w obecności księdza korzystnej opinii na temat p. Dyrektor.”

Treść tego akapitu nadmuchuje i tak dęte i tendencyjne ‘relacje’ ks. Domirskiego (zobacz notatki ‘służbowe’ z 6 lipca i 7 lipca), a zupełnie odbiega od weryfikowalnej rzeczywistości dnia 6 lipca. Notatki mówią o 1 (jednej) osobie (skłonionej zresztą, jak donosi dobrodusznie Domirski, przez męża, nad którego aktywnością i ambicjami opuszczę zasłonę milczenia) z 6 lipca i 1 (jednej) z 7 lipca. Zrazu nie wiedziałem, na jakiej zgoła podstawie ukręcił ks. Domirski taką notatkę o „zastraszaniu i zmuszaniu przez p. Dyrektor i jej męża do wyrażania w obecności księdza korzystnej opinii na temat p. Dyrektor”.  Dzisiaj, doświadczywszy szerokiego spektrum przewrotnej a prostackiej natury księdza, zręcznie maskowanej przed ogółem za pomocą świętoszkowatej miny, ‘dobrotliwej’ mowy i wstrzemięźliwego języka ciała, widzę w tym tekście typową dla jego prawdziwej mentalności bezczelną gruboskórność, bezwstydny faryzeizm i pozbawioną rozumnych kryteriów chytrą blagierkę.

Czy zatem nauczyciele dobrze i z uznaniem wypowiadający się o p. Lucynie, swojej przełożonej, kłamali? Czy można zatem im wierzyć w jakiejkolwiek sprawie? Czy ks. Domirski oskarża ich o tchórzliwe kłamstwa? Najwyraźniej, choć oczywiście robi to nieintencjonalnie, przez równie typowe dla niego intelektualne niechlujstwo, bo celem tych bredni jest zbrukanie wizerunku p. Lucyny Wojeńskiej (i mniejsza o to, że też mojego), a sposobność taka dla podobnych typów otwiera się właśnie wtedy, gdy można operować incydentalnym i nieweryfikowalnym ‘świadectwem’, zwłaszcza zaś z ust osób wstrząsanych rozterkami, których źródłem był lęk wywołany brutalną ofensywą księdza dwa dni wcześniej, tj. 4 lipca, a także przeczucie o nieuchronnej sukcesji księdza. Ksiądz, który przez swoje aroganckie uzurpacje, apodyktyczne groźby wobec dyrekcji i zainicjowanie atmosfery antagonizmu – zobacz wpis dotyczący 4 lipca – wywołał u wielu pań groźny wzrost negatywnych emocji, pisze o „zastraszaniu [pań] i zmuszaniu przez p. Dyrektor i jej męża do wyrażania w obecności księdza korzystnej opinii na temat p. Dyrektor”! Kł. Domirski lekceważy inteligencję tych pań i wkradłszy się do postulowanego przez siebie beneficjum jak złodziej, woła: „Łapcie złodzieja!”

Notatka księdza zawiera nieweryfikowalne bałamuctwa (żadna z wymienionych osób nie jest podana na świadka). Ks. Domirski lubi kłamstwa i kłamstewka jako narzędzia presji (a podobno uczy psychologii w seminarium drohiczyńskim: czy uczy tam przykrywania blagierstwa pokerową miną?). Kiedy wręczał p. Lucynie ‘wypowiedzenie’ mówił, że ma spisane i podpisane przez pracowników i ich rodziny ‘oświadczenia’ (padała liczba 5 osób), że „byli przez Panią mobingowani” i że użyje tego, gdy ta pójdzie ze sprawą do sądu. Gdzie są te oświadczenia i świadkowie? Niezbyt się jednak dobrze przygotował w swoim konfabulowaniu, bo w ewidentnie sprokurowanej na potrzeby rozprawy sądowej notatce pisze o „zmuszaniu do podpisywania uchwały o poparciu dla państwa Wojeńskich”. Ale jak mianowicie? I co to za uchwała? Czemu jej nie załącza? Powinien przecież ją posiadać po podstępnym przejęciu i zabezpieczeniu archiwum Przedszkola! Niechby podał choćby kilka konkretów z tej uchwały! Nic, tylko ‘uchwała o poparciu dla pp. Wojeńskich’! Konia z rzędem temu, kto wykaże, że ta (nie procedowana, jak wyjaśniłem w notatce z RP) uchwała, której projekt od jakiegoś czasu każdy może tu przeczytać (zobacz też wpis dotyczący 6 lipca), jest ‘uchwałą o poparciu dla pp. Wojeńskich’! Czy ktoś może nie wierzy, że to właśnie o tę uchwałę chodzi? Mógłbym załączyć oryginał z podpisami wszystkich pań, w tym tych dwóch, których prawdopodobnie lęk skłonił do porzucenia wcześniej deklarowanej lojalności... (Ale chyba wystarczy, że poprosicie, Państwo, którąkolwiek z nauczycielek o potwierdzenie, bo każdą z osobna poprosiłem o dokładne przeczytanie jej treści przed akceptacją wyrażoną podpisem.) Nie zamierzam im tego wyrzucać, a powody tej mojej rezygnacji znajdują się we wpisie dotyczącym 13 lipca. Tu dodać mogę jedynie to, że zwyczajnie księdzu nie wierzę, żeby to mówiły, co on wypisał. Przed chwilą dowiodłem, że ksiądz niczego rzetelnie nie relacjonuje, jest beznadziejnie stronniczy i powierzchowny. Sądzę też, że wkłada swoje interpretacje w usta zastraszonych – ale przez swoje działania – pań! Przecież jego słowa i gesty wobec Przedszkola i jego dyrektor były absurdalnie zaborcze i nieprzyjazne, całkowicie wymykające się zdrowej myśli i poczuciu przyzwoitości. W takiej ‘sytuacji aksjologicznej’ bardzo dla niego wygodne było wykreowanie aroganckiego wroga w postaci „państwa Wojeńskich”, najlepiej powinowactwem nieobiektywnego, zachłannie roszczeniowego, instrumentalnie traktującego podwładnych i lekceważącego autorytet hierarchów Kościoła, bo mógł mniemać, że dzięki temu urosną szanse na zbagatelizowanie oskarżenia jego samego: o bezprawne wyrzucenie dyrektor z pracy i ze stanowiska, które sama utworzyła oraz ciężką i solidną pracą umocniła, a które on jeszcze przed tym aktem arogancji otrzymał w prezencie od ‘dobrego pasterza’ z Drohiczyna).

I tak, w ‘notatce z 6 lipca 2017’ ksiądz pisze o swoim udziale w posiedzeniu Rady Pedagogicznej Przedszkola. Zupełnie ignoruje dominujący ton wypowiedzi nauczycielek wyrażających niepokój narzucanymi Przedszkolu ‘zmianami’, a zwłaszcza dających wyraz błagalnemu protestowi wobec perspektywy obniżenia rangi p. dyrektor, która to Przedszkole tak kompetentnie stworzyła, rozwinęła i nim zarządzała. To nauczycielki, a nie „państwo Wojeńscy”, prosiły o zachowanie status quo Przedszkola, w szczególności zaś statutowych kompetencji jego dyrektor. To one, a nie „państwo Wojeńscy”, prosiły o roczny okres przejściowy, podczas którego udałoby się wypracować model zadowalający proboszcza i Przedszkole. Pojawiały się nawet propozycje, żeby zachowując dotychczasowe statutowe kompetencje p. dyrektor obdarzyć ks. proboszcza jakimś ‘super-tytułem’, np. ‘dyrektor generalny’ (odpowiadający kompetencjom organu prowadzącego). Czyżby zapomniał, co wtedy na to powiedział? „Dyrektor generalny? Podoba mi się”. Wszyscy to dobrze czuli, że ksiądz lubi pieniądze i zaszczyty, ale nieco żenujący był passus z ust ‘dobrotliwego’ ks. Domirskiego, który żaląc się w sposób niemal wywołujący współczucie powiedział, że jako dyrektor nie może nie pobierać pensji, choćby minimalnej. Oparł się przy tym na zdaniu prawników... Tak to wszystkie swoje roszczenia opierał na jakimś autorytecie. Kiedy z czasem okazało się dokładnie odwrotnie (jako przedstawiciel organu prowadzącego nie może być pracodawcą dla samego siebie, czyli zawrzeć sam z sobą umowy pracowniczej, a za niego zrobić tego nie mógł też biskup, bo nie ma kompetencji nad przedszkolem, ani rada parafialna...), na pierwszym spotkaniu z przejętą kadrą odtrąbił to jako okupiony wielkimi wysiłkami prawnymi tryumf męczennika gardzącego groszem i za nic mającego ziemskie korzyści, orędownika samej cnoty i dobra maluczkich... Ileż musiał się nacierpieć, żeby przekonać tych prawników... Użyłem wyrażenia ‘przejęta kadra’ w obu nasuwających się tu znaczeniach...

Ale wracając do samej Rady Pedagogicznej z 6 lipca 2017. Dlaczego ksiądz wkłada w usta ‘zbiorowego ciała’ „państwa Wojeńskich” to, co mówili przede wszystkim inni nauczyciele, a zupełnie milczy na temat ustosunkowania się p. Lucyny Wojeńskiej do złożonej jej w dniu 4 lipca, dwa dni wcześniej (z którego to dnia notatka, pokrętna i fałszywa, zupełnie ten kluczowy szczegół pomija) przez ks. Domirskiego propozycji utrzymania dotychczasowych jej funkcji na nowym stanowisku ‘wicedyrektora’ (to w tym kontekście nauczycielki prosiły, aby pozostała ona dyrektorem, lub – jak zaproponowała m.in. p. Renata Sęk – ‘dyrektorem z przymiotnikiem’, np. ‘administrujący’, podczas gdy proboszcz funkcjonowałby np. jako ‘dyrektor generalny’).

Otóż p. Wojeńska wypowiadając się wtedy, bardzo pokornie i pojednawczo, wyraźnie zaakceptowała tę propozycję księdza. Szczerze zastrzegła jednak, że bronić będzie pozycji jako swoich merytorycznych zastępców ds. nadzoru pedagogicznego p. Stanisława Wojeńskiego i p. Renaty Sęk, którzy położyli ogromne zasługi dla obecnego kształtu i prestiżu Przedszkola. Ta wypowiedź p. Lucyny ewidentnie nie pasowała do planów uwitych w Drohiczynie, toteż ksiądz wyłgał się od jakiejkolwiek deklaracji mówiąc coś o konsultacji z biskupem, a raczej z samym tylko ks. Mielnickim (bo biskup miał już pono być na urlopie czy innym wyjeździe). Podobnie też powiedział w odniesieniu do propozycji Rady rocznego odroczenia w zmianach statutowych, z tym, że wobec tej propozycji wyraził większy entuzjazm, a nawet powiedział, że „mu ona odpowiada, ale decyzję podejmie” kuria. Zapytany przez nauczycielki, czy będzie wtedy opowiadał się za preferowanym przez Radę postulatem ‘rocznego status quo’, jeszcze raz potwierdził, że sprzyja takiej propozycji. Powiedział też wtedy o tym, że ostateczną decyzję w postaci dekretu podejmie ks. biskup i może on jednak nie uwzględniać dotychczasowych uzgodnień.

Podobnie całkowicie pomija w swojej notatce ksiądz obszerną dialektyczną ‘szermierkę’, którą ja z nim prowadziłem (patrz moja notatka z tejże RP), w której próbowałem skłonić księdza do rozwagi, trzymania się rozumu i kierowania się przyzwoitością. Cóż, nie z takim rozumowaniem chce ‘dobroduszny’ Domirski kojarzyć kreowanych przez siebie „państwa Wojeńskich”...

A jak wygląda jego rozumowanie? Oto co pisze w swojej ‘notatce’: „W trakcie spotkania Państwo Lucyna i Stanisław Wojeńscy zgłosili propozycję aby przedszkole funkcjonowało na dotychczasowych zasadach przez najbliższy rok. W ten sposób zostałaby wstrzymana reorganizacja placówki zalecona przez ks. Biskupa Tadeusza Pikusa. Oświadczyłem, że nie jestem władny, aby podjąć taką decyzje, a jedynie przekazać je Ks. Biskupowi. Powiedziałem, że mogę zrobić to niezwłocznie po spotkaniu. Zaznaczyłem jednocześnie, że w ten sposób decyzja o reorganizacji przedszkola jest całkowicie w ręku ks. Biskupa, a ja czuję się zwolniony z propozycji kadrowych przedstawianych wcześniej (np. by Pani Lucyna Wojeńska pozostała na stanowisku wicedyrektora). W dalszej części spotkania pracownicy przedszkola zapewniali mnie o swoim poparciu dla Państwa Wojeńskich.”

Już za same te brednie, które tu opowiada, należało go podać do sądu pracy. „Reorganizację” Przedszkola zaleca ks. biskup, który nie posiada żadnych uprawnień organizacyjnych nad Przedszkolem (patrz ówczesny statut Przedszkola), a ks. Domirski wykonuje „ją” z żadnych innych wyartykułowanych przez siebie powodów niż „owe zalecenie”. A na czym ma polegać owa „reorganizacja”? 1) dyrektorem Przedszkola ma być (każdorazowo) proboszcz parafii (nawet jeśli, jak bywa najczęściej – i jest w przypadku Domirskiego – w ogóle się na tym nie zna i nie przepada za edukacją małych dzieci); 2) do nazwy przedszkola ma być dopisany przymiotnik „katolickie”, który ma zadziałać jak różdżka czarodziejska; 3) jak się niedługo też okazało, kiedy puszczono w obieg propozycję nowego statutu: w statucie pośród podstaw prawnych pojawia się Kodeks Prawa Kanonicznego, a w tekście hołdownicze deklaracje wobec ks. biskupa i jego kurii...

Ach więc to taka „reorganizacja” byłaby zagrożona przez roczną zwłokę... I chyba wstecznie (w sposób przebiegle nowatorski i zbójecko przyszłościowy), na podstawie tego ‘nowego statutu’ ks. Domirski został dyrektorem, a kuria z biskupem nabyli honorów formalnych decydentów losów Przedszkola. No i oczywiście wcześniej trzeba było dokonać tricku otworzenia portalu czasu przyszłego przez usunięcie fizycznej przeszkody, którą stanowiła p. dyrektor Wojeńska. Niektórzy Czytelnicy może zaczynają lepiej rozumieć co w projekcie owej ‘kontrowersyjnej uchwały’ znaczyły słowa w p. 5 uzasadnienia:

»Wspomniany w p. 2 element zastraszania jest tym bardziej zdumiewający i żenujący, że sam JE ks. Biskup uznał Przedszkole za niewłaściwie i bez wpływu Kurii założone (‘prywatne przedszkole ks. Kryńskiego’) – w jakiż więc sposób da się to pogodzić z przyznawaniem sobie przez Jego przedstawicieli prawa do dowolnego rozporządzania tym ‘obcym’ dziełem? I znowu, czyż etycznie i ontycznie spójniejsze nie byłoby umożliwienie odejścia takiemu „nieprawemu dziecku” zamiast wątpliwego co do intencji i efektywności wymuszania na nim czynności ubezwłasnowolniającego „uszlachcania”?«

Już powyższe (pomijając bardziej jeszcze przekonujące dowody z grupy „skoku na kasę”, które obszernie naświetliłem we wstępie do blogu i kalendarium-dossier afery) dobitnie pokazuje, że „powody zwolnienia” (patrz ‘wypowiedzenie’) są grubo szytą fikcją, absurdalną, desperacką i całkowicie niewiarogodną. Ale jeszcze przyjdzie nam do nich wrócić i ‘rozprawić się nimi’ pod jeszcze innym kątem widzenia, celem obnażenia ich żałośnie wątłej natury i autorów arogancko stawiających się ponad prawem i dobrym obyczajem. W tym miejscu wspomnę tylko o innym absurdzie, który z wielką powagą pada w notatce ks. Domirskiego. Otóż, z jakiego to powodu przedłożenie ks. Biskupowi (czytaj: ks. Mielnickiemu) owej „propozycji [Rady Pedagogicznej] miałoby być zagrożone wydaniem takiej „decyzji o reorganizacji przedszkola” przez ks. Biskupa, która anulowałaby „propozycje kadrowe przedstawiane wcześniej (np. by Pani Lucyna Wojeńska pozostała na stanowisku wicedyrektora)”? Wiemy już, o jaką „reorganizację” chodzi... Dodajmy, że funkcja „dyrektora administracyjnego” (podległego dyr. Domirskiemu) pełniona jest obecnie przez 2 panny (młodą, niedoświadczoną i starszą, jej ciotkę, która wykonała całą brudną robotę papierkową i wciąż wspiera swoją młodą siostrzenicę w wypełnianiu innych papierków, i w tworzeniu ‘harmonogramów’ oraz ‘nakazów płatniczych’)... A jakie kompetencje są dziś wystarczające w Przedszkolu Karmelki, prowadzonym przez dyr. Domirskiego, do sprawowania nadzoru pedagogicznego (to merytoryczna funkcja z-cy dyrektora!) lub nauczania języków obcych – niezręcznie mi jest uszczegóławiać...

Zatem ksiądz, przywołując autorytet ks. biskupa, chce znowu usprawiedliwić brak logicznych ogniw między propozycją wicedyrektorstwa z dn. 4 lipca, szczerze postulowanymi przez nauczycielki propozycjami z dn. 6 lipca a tajemniczo zapowiadaną, jakąś enigmatyczną decyzją ks. biskupa, którą nazwał dekretem, tak niezrównoważoną w swojej logice, tak nieprzewidywalną i tak chimeryczną, że... należało przypuszczać, iż wszystko zdarzyć się może. I czy może dlatego czuje się w tych słowach groźbę odwetu, bo czas to był urlopowy?...

Okazało się jednak, że nie było żadnego dekretu ks. biskupa, a tylko uruchomienie przez (jak wydedukowaliśmy) ks. Mielnickiego planu ‘usunięcia’ „państwa Wojeńskich”. Decyzją-dekretem była fanaberyjna instrukcja zniecierpliwionego, a całkowicie oderwanego od moralnych implikacji sprawy, duchownego, którego już pewnie nudziło zajmowanie się tym tematem i ciążyło przedłużanie się sprawy poprzez ciągle mu zgłaszane ‘komplikacje’, a wypoczynek lipcowy i jemu się przecież należał... Miał dość Domirskiego, miał dość Wojeńskich i miał... gdzieś wszystkie dzieci Przedszkola Karmelki...

Tymczasem żmudne studia p. Bernaśkiewicz (jak to już wcześniej wydedukowaliśmy) nad papierami potrwały jeszcze przez następne kilka dni i w swoim rozpoznawalnym (i zabawnie poprawnym) stylu przygotowała księdzu pożądane przecięcie oporu, mianowicie ‘wypowiedzenie umowy o pracę’. A on je wręczył w opisanej już scenerii w dn. 13 lipca owej ‘fizycznej przeszkodzie’ do błogosławionej przyszłości w ‘zreorganizowanym’ nowym świecie, p. Lucynie Wojeńskiej – tej,  bez której i Przedszkola by nie było, i sporu nad podziałem ‘zysków’ z ‘beneficjum’ by nie było, i może pychy duchownych by nie było... na pewno nie z tego powodu i tak gorszącej...

Ciąg dalszy niebawem...