(wpis z dn. 14 stycznia 2018)

W następnym akapicie czytamy: „Wbrew twierdzeniom powódki, zastrzeżenia co do jej sposobu zarządzania, a w szczególności traktowania podwładnych, mieli także członkowie Rady Pedagogicznej. Po spotkaniu w dniu 6 lipca 2017 r. z członkami Rady Pedagogicznej do obecnego księdza proboszcza dzwonili członkowie rodzin nauczycielek, że te były zastraszone i zmuszone przez p. Dyrektor i jej męża, do wyrażenia w obecności księdza korzystnej opinii na temat p. Dyrektor.”

Treść tego akapitu nadmuchuje i tak dęte i tendencyjne ‘relacje’ ks. Domirskiego (zobacz notatki ‘służbowe’ z 6 lipca i 7 lipca), a zupełnie odbiega od weryfikowalnej rzeczywistości dnia 6 lipca. Notatki mówią o 1 (jednej) osobie (skłonionej zresztą, jak donosi dobrodusznie Domirski, przez męża, nad którego aktywnością i ambicjami opuszczę zasłonę milczenia) z 6 lipca i 1 (jednej) z 7 lipca. Zrazu nie wiedziałem, na jakiej zgoła podstawie ukręcił ks. Domirski taką notatkę o „zastraszaniu i zmuszaniu przez p. Dyrektor i jej męża do wyrażania w obecności księdza korzystnej opinii na temat p. Dyrektor”.  Dzisiaj, doświadczywszy szerokiego spektrum przewrotnej a prostackiej natury księdza, zręcznie maskowanej przed ogółem za pomocą świętoszkowatej miny, ‘dobrotliwej’ mowy i wstrzemięźliwego języka ciała, widzę w tym tekście typową dla jego prawdziwej mentalności bezczelną gruboskórność, bezwstydny faryzeizm i pozbawioną rozumnych kryteriów chytrą blagierkę.

Czy zatem nauczyciele dobrze i z uznaniem wypowiadający się o p. Lucynie, swojej przełożonej, kłamali? Czy można zatem im wierzyć w jakiejkolwiek sprawie? Czy ks. Domirski oskarża ich o tchórzliwe kłamstwa? Najwyraźniej, choć oczywiście robi to nieintencjonalnie, przez równie typowe dla niego intelektualne niechlujstwo, bo celem tych bredni jest zbrukanie wizerunku p. Lucyny Wojeńskiej (i mniejsza o to, że też mojego), a sposobność taka dla podobnych typów otwiera się właśnie wtedy, gdy można operować incydentalnym i nieweryfikowalnym ‘świadectwem’, zwłaszcza zaś z ust osób wstrząsanych rozterkami, których źródłem był lęk wywołany brutalną ofensywą księdza dwa dni wcześniej, tj. 4 lipca, a także przeczucie o nieuchronnej sukcesji księdza. Ksiądz, który przez swoje aroganckie uzurpacje, apodyktyczne groźby wobec dyrekcji i zainicjowanie atmosfery antagonizmu – zobacz wpis dotyczący 4 lipca – wywołał u wielu pań groźny wzrost negatywnych emocji, pisze o „zastraszaniu [pań] i zmuszaniu przez p. Dyrektor i jej męża do wyrażania w obecności księdza korzystnej opinii na temat p. Dyrektor”! Kł. Domirski lekceważy inteligencję tych pań i wkradłszy się do postulowanego przez siebie beneficjum jak złodziej, woła: „Łapcie złodzieja!”

Notatka księdza zawiera nieweryfikowalne bałamuctwa (żadna z wymienionych osób nie jest podana na świadka). Ks. Domirski lubi kłamstwa i kłamstewka jako narzędzia presji (a podobno uczy psychologii w seminarium drohiczyńskim: czy uczy tam przykrywania blagierstwa pokerową miną?). Kiedy wręczał p. Lucynie ‘wypowiedzenie’ mówił, że ma spisane i podpisane przez pracowników i ich rodziny ‘oświadczenia’ (padała liczba 5 osób), że „byli przez Panią mobingowani” i że użyje tego, gdy ta pójdzie ze sprawą do sądu. Gdzie są te oświadczenia i świadkowie? Niezbyt się jednak dobrze przygotował w swoim konfabulowaniu, bo w ewidentnie sprokurowanej na potrzeby rozprawy sądowej notatce pisze o „zmuszaniu do podpisywania uchwały o poparciu dla państwa Wojeńskich”. Ale jak mianowicie? I co to za uchwała? Czemu jej nie załącza? Powinien przecież ją posiadać po podstępnym przejęciu i zabezpieczeniu archiwum Przedszkola! Niechby podał choćby kilka konkretów z tej uchwały! Nic, tylko ‘uchwała o poparciu dla pp. Wojeńskich’! Konia z rzędem temu, kto wykaże, że ta (nie procedowana, jak wyjaśniłem w notatce z RP) uchwała, której projekt od jakiegoś czasu każdy może tu przeczytać (zobacz też wpis dotyczący 6 lipca), jest ‘uchwałą o poparciu dla pp. Wojeńskich’! Czy ktoś może nie wierzy, że to właśnie o tę uchwałę chodzi? Mógłbym załączyć oryginał z podpisami wszystkich pań, w tym tych dwóch, których prawdopodobnie lęk skłonił do porzucenia wcześniej deklarowanej lojalności... (Ale chyba wystarczy, że poprosicie, Państwo, którąkolwiek z nauczycielek o potwierdzenie, bo każdą z osobna poprosiłem o dokładne przeczytanie jej treści przed akceptacją wyrażoną podpisem.) Nie zamierzam im tego wyrzucać, a powody tej mojej rezygnacji znajdują się we wpisie dotyczącym 13 lipca. Tu dodać mogę jedynie to, że zwyczajnie księdzu nie wierzę, żeby to mówiły, co on wypisał. Przed chwilą dowiodłem, że ksiądz niczego rzetelnie nie relacjonuje, jest beznadziejnie stronniczy i powierzchowny. Sądzę też, że wkłada swoje interpretacje w usta zastraszonych – ale przez swoje działania – pań! Przecież jego słowa i gesty wobec Przedszkola i jego dyrektor były absurdalnie zaborcze i nieprzyjazne, całkowicie wymykające się zdrowej myśli i poczuciu przyzwoitości. W takiej ‘sytuacji aksjologicznej’ bardzo dla niego wygodne było wykreowanie aroganckiego wroga w postaci „państwa Wojeńskich”, najlepiej powinowactwem nieobiektywnego, zachłannie roszczeniowego, instrumentalnie traktującego podwładnych i lekceważącego autorytet hierarchów Kościoła, bo mógł mniemać, że dzięki temu urosną szanse na zbagatelizowanie oskarżenia jego samego: o bezprawne wyrzucenie dyrektor z pracy i ze stanowiska, które sama utworzyła oraz ciężką i solidną pracą umocniła, a które on jeszcze przed tym aktem arogancji otrzymał w prezencie od ‘dobrego pasterza’ z Drohiczyna).

I tak, w ‘notatce z 6 lipca 2017’ ksiądz pisze o swoim udziale w posiedzeniu Rady Pedagogicznej Przedszkola. Zupełnie ignoruje dominujący ton wypowiedzi nauczycielek wyrażających niepokój narzucanymi Przedszkolu ‘zmianami’, a zwłaszcza dających wyraz błagalnemu protestowi wobec perspektywy obniżenia rangi p. dyrektor, która to Przedszkole tak kompetentnie stworzyła, rozwinęła i nim zarządzała. To nauczycielki, a nie „państwo Wojeńscy”, prosiły o zachowanie status quo Przedszkola, w szczególności zaś statutowych kompetencji jego dyrektor. To one, a nie „państwo Wojeńscy”, prosiły o roczny okres przejściowy, podczas którego udałoby się wypracować model zadowalający proboszcza i Przedszkole. Pojawiały się nawet propozycje, żeby zachowując dotychczasowe statutowe kompetencje p. dyrektor obdarzyć ks. proboszcza jakimś ‘super-tytułem’, np. ‘dyrektor generalny’ (odpowiadający kompetencjom organu prowadzącego). Czyżby zapomniał, co wtedy na to powiedział? „Dyrektor generalny? Podoba mi się”. Wszyscy to dobrze czuli, że ksiądz lubi pieniądze i zaszczyty, ale nieco żenujący był passus z ust ‘dobrotliwego’ ks. Domirskiego, który żaląc się w sposób niemal wywołujący współczucie powiedział, że jako dyrektor nie może nie pobierać pensji, choćby minimalnej. Oparł się przy tym na zdaniu prawników... Tak to wszystkie swoje roszczenia opierał na jakimś autorytecie. Kiedy z czasem okazało się dokładnie odwrotnie (jako przedstawiciel organu prowadzącego nie może być pracodawcą dla samego siebie, czyli zawrzeć sam z sobą umowy pracowniczej, a za niego zrobić tego nie mógł też biskup, bo nie ma kompetencji nad przedszkolem, ani rada parafialna...), na pierwszym spotkaniu z przejętą kadrą odtrąbił to jako okupiony wielkimi wysiłkami prawnymi tryumf męczennika gardzącego groszem i za nic mającego ziemskie korzyści, orędownika samej cnoty i dobra maluczkich... Ileż musiał się nacierpieć, żeby przekonać tych prawników... Użyłem wyrażenia ‘przejęta kadra’ w obu nasuwających się tu znaczeniach...

Ale wracając do samej Rady Pedagogicznej z 6 lipca 2017. Dlaczego ksiądz wkłada w usta ‘zbiorowego ciała’ „państwa Wojeńskich” to, co mówili przede wszystkim inni nauczyciele, a zupełnie milczy na temat ustosunkowania się p. Lucyny Wojeńskiej do złożonej jej w dniu 4 lipca, dwa dni wcześniej (z którego to dnia notatka, pokrętna i fałszywa, zupełnie ten kluczowy szczegół pomija) przez ks. Domirskiego propozycji utrzymania dotychczasowych jej funkcji na nowym stanowisku ‘wicedyrektora’ (to w tym kontekście nauczycielki prosiły, aby pozostała ona dyrektorem, lub – jak zaproponowała m.in. p. Renata Sęk – ‘dyrektorem z przymiotnikiem’, np. ‘administrujący’, podczas gdy proboszcz funkcjonowałby np. jako ‘dyrektor generalny’).

Otóż p. Wojeńska wypowiadając się wtedy, bardzo pokornie i pojednawczo, wyraźnie zaakceptowała tę propozycję księdza. Szczerze zastrzegła jednak, że bronić będzie pozycji jako swoich merytorycznych zastępców ds. nadzoru pedagogicznego p. Stanisława Wojeńskiego i p. Renaty Sęk, którzy położyli ogromne zasługi dla obecnego kształtu i prestiżu Przedszkola. Ta wypowiedź p. Lucyny ewidentnie nie pasowała do planów uwitych w Drohiczynie, toteż ksiądz wyłgał się od jakiejkolwiek deklaracji mówiąc coś o konsultacji z biskupem, a raczej z samym tylko ks. Mielnickim (bo biskup miał już pono być na urlopie czy innym wyjeździe). Podobnie też powiedział w odniesieniu do propozycji Rady rocznego odroczenia w zmianach statutowych, z tym, że wobec tej propozycji wyraził większy entuzjazm, a nawet powiedział, że „mu ona odpowiada, ale decyzję podejmie” kuria. Zapytany przez nauczycielki, czy będzie wtedy opowiadał się za preferowanym przez Radę postulatem ‘rocznego status quo’, jeszcze raz potwierdził, że sprzyja takiej propozycji. Powiedział też wtedy o tym, że ostateczną decyzję w postaci dekretu podejmie ks. biskup i może on jednak nie uwzględniać dotychczasowych uzgodnień.

Podobnie całkowicie pomija w swojej notatce ksiądz obszerną dialektyczną ‘szermierkę’, którą ja z nim prowadziłem (patrz moja notatka z tejże RP), w której próbowałem skłonić księdza do rozwagi, trzymania się rozumu i kierowania się przyzwoitością. Cóż, nie z takim rozumowaniem chce ‘dobroduszny’ Domirski kojarzyć kreowanych przez siebie „państwa Wojeńskich”...

A jak wygląda jego rozumowanie? Oto co pisze w swojej ‘notatce’: „W trakcie spotkania Państwo Lucyna i Stanisław Wojeńscy zgłosili propozycję aby przedszkole funkcjonowało na dotychczasowych zasadach przez najbliższy rok. W ten sposób zostałaby wstrzymana reorganizacja placówki zalecona przez ks. Biskupa Tadeusza Pikusa. Oświadczyłem, że nie jestem władny, aby podjąć taką decyzje, a jedynie przekazać je Ks. Biskupowi. Powiedziałem, że mogę zrobić to niezwłocznie po spotkaniu. Zaznaczyłem jednocześnie, że w ten sposób decyzja o reorganizacji przedszkola jest całkowicie w ręku ks. Biskupa, a ja czuję się zwolniony z propozycji kadrowych przedstawianych wcześniej (np. by Pani Lucyna Wojeńska pozostała na stanowisku wicedyrektora). W dalszej części spotkania pracownicy przedszkola zapewniali mnie o swoim poparciu dla Państwa Wojeńskich.”

Już za same te brednie, które tu opowiada, należało go podać do sądu pracy. „Reorganizację” Przedszkola zaleca ks. biskup, który nie posiada żadnych uprawnień organizacyjnych nad Przedszkolem (patrz ówczesny statut Przedszkola), a ks. Domirski wykonuje „ją” z żadnych innych wyartykułowanych przez siebie powodów niż „owe zalecenie”. A na czym ma polegać owa „reorganizacja”? 1) dyrektorem Przedszkola ma być (każdorazowo) proboszcz parafii (nawet jeśli, jak bywa najczęściej – i jest w przypadku Domirskiego – w ogóle się na tym nie zna i nie przepada za edukacją małych dzieci); 2) do nazwy przedszkola ma być dopisany przymiotnik „katolickie”, który ma zadziałać jak różdżka czarodziejska; 3) jak się niedługo też okazało, kiedy puszczono w obieg propozycję nowego statutu: w statucie pośród podstaw prawnych pojawia się Kodeks Prawa Kanonicznego, a w tekście hołdownicze deklaracje wobec ks. biskupa i jego kurii...

Ach więc to taka „reorganizacja” byłaby zagrożona przez roczną zwłokę... I chyba wstecznie (w sposób przebiegle nowatorski i zbójecko przyszłościowy), na podstawie tego ‘nowego statutu’ ks. Domirski został dyrektorem, a kuria z biskupem nabyli honorów formalnych decydentów losów Przedszkola. No i oczywiście wcześniej trzeba było dokonać tricku otworzenia portalu czasu przyszłego przez usunięcie fizycznej przeszkody, którą stanowiła p. dyrektor Wojeńska. Niektórzy Czytelnicy może zaczynają lepiej rozumieć co w projekcie owej ‘kontrowersyjnej uchwały’ znaczyły słowa w p. 5 uzasadnienia:

»Wspomniany w p. 2 element zastraszania jest tym bardziej zdumiewający i żenujący, że sam JE ks. Biskup uznał Przedszkole za niewłaściwie i bez wpływu Kurii założone (‘prywatne przedszkole ks. Kryńskiego’) – w jakiż więc sposób da się to pogodzić z przyznawaniem sobie przez Jego przedstawicieli prawa do dowolnego rozporządzania tym ‘obcym’ dziełem? I znowu, czyż etycznie i ontycznie spójniejsze nie byłoby umożliwienie odejścia takiemu „nieprawemu dziecku” zamiast wątpliwego co do intencji i efektywności wymuszania na nim czynności ubezwłasnowolniającego „uszlachcania”?«

Już powyższe (pomijając bardziej jeszcze przekonujące dowody z grupy „skoku na kasę”, które obszernie naświetliłem we wstępie do blogu i kalendarium-dossier afery) dobitnie pokazuje, że „powody zwolnienia” (patrz ‘wypowiedzenie’) są grubo szytą fikcją, absurdalną, desperacką i całkowicie niewiarogodną. Ale jeszcze przyjdzie nam do nich wrócić i ‘rozprawić się nimi’ pod jeszcze innym kątem widzenia, celem obnażenia ich żałośnie wątłej natury i autorów arogancko stawiających się ponad prawem i dobrym obyczajem. W tym miejscu wspomnę tylko o innym absurdzie, który z wielką powagą pada w notatce ks. Domirskiego. Otóż, z jakiego to powodu przedłożenie ks. Biskupowi (czytaj: ks. Mielnickiemu) owej „propozycji [Rady Pedagogicznej] miałoby być zagrożone wydaniem takiej „decyzji o reorganizacji przedszkola” przez ks. Biskupa, która anulowałaby „propozycje kadrowe przedstawiane wcześniej (np. by Pani Lucyna Wojeńska pozostała na stanowisku wicedyrektora)”? Wiemy już, o jaką „reorganizację” chodzi... Dodajmy, że funkcja „dyrektora administracyjnego” (podległego dyr. Domirskiemu) pełniona jest obecnie przez 2 panny (młodą, niedoświadczoną i starszą, jej ciotkę, która wykonała całą brudną robotę papierkową i wciąż wspiera swoją młodą siostrzenicę w wypełnianiu innych papierków, i w tworzeniu ‘harmonogramów’ oraz ‘nakazów płatniczych’)... A jakie kompetencje są dziś wystarczające w Przedszkolu Karmelki, prowadzonym przez dyr. Domirskiego, do sprawowania nadzoru pedagogicznego (to merytoryczna funkcja z-cy dyrektora!) lub nauczania języków obcych – niezręcznie mi jest uszczegóławiać...

Zatem ksiądz, przywołując autorytet ks. biskupa, chce znowu usprawiedliwić brak logicznych ogniw między propozycją wicedyrektorstwa z dn. 4 lipca, szczerze postulowanymi przez nauczycielki propozycjami z dn. 6 lipca a tajemniczo zapowiadaną, jakąś enigmatyczną decyzją ks. biskupa, którą nazwał dekretem, tak niezrównoważoną w swojej logice, tak nieprzewidywalną i tak chimeryczną, że... należało przypuszczać, iż wszystko zdarzyć się może. I czy może dlatego czuje się w tych słowach groźbę odwetu, bo czas to był urlopowy?...

Okazało się jednak, że nie było żadnego dekretu ks. biskupa, a tylko uruchomienie przez (jak wydedukowaliśmy) ks. Mielnickiego planu ‘usunięcia’ „państwa Wojeńskich”. Decyzją-dekretem była fanaberyjna instrukcja zniecierpliwionego, a całkowicie oderwanego od moralnych implikacji sprawy, duchownego, którego już pewnie nudziło zajmowanie się tym tematem i ciążyło przedłużanie się sprawy poprzez ciągle mu zgłaszane ‘komplikacje’, a wypoczynek lipcowy i jemu się przecież należał... Miał dość Domirskiego, miał dość Wojeńskich i miał... gdzieś wszystkie dzieci Przedszkola Karmelki...

Tymczasem żmudne studia p. Bernaśkiewicz (jak to już wcześniej wydedukowaliśmy) nad papierami potrwały jeszcze przez następne kilka dni i w swoim rozpoznawalnym (i zabawnie poprawnym) stylu przygotowała księdzu pożądane przecięcie oporu, mianowicie ‘wypowiedzenie umowy o pracę’. A on je wręczył w opisanej już scenerii w dn. 13 lipca owej ‘fizycznej przeszkodzie’ do błogosławionej przyszłości w ‘zreorganizowanym’ nowym świecie, p. Lucynie Wojeńskiej – tej,  bez której i Przedszkola by nie było, i sporu nad podziałem ‘zysków’ z ‘beneficjum’ by nie było, i może pychy duchownych by nie było... na pewno nie z tego powodu i tak gorszącej...