Co naprawdę wychodzi z "cienia" księdza?

15 lutego 2018

„W trakcie spotkani[a] padło stwierdzenie Pana Stanisława Wojeńskiego,” pisze dalej ks. Domirski w swojej ‘notatce’ odnoszącej się do jego pierwszej i od razu traumatycznej dla Przedszkola Karmelki wizyty w dniu 4 lipca 2017, „że ze względu na zasługi Państwa Wojeńskich Przedszkole Parafialne Karmelki jest ich i jedynie mieści się w budynkach parafialnych.” Przypominam, że ‘notatkę’ tę ksiądz pisze doraźnie pod koniec sierpnia na użytek uzasadnienia w odpowiedzi (patrz) na pozew p. Lucyny Wojeńskiej (patrz) tych trzech nonsensownych powodów, które zawarł (z pomocą p. Bernaśkiewicz) w swoim ‘wypowiedzeniu umowy o pracę’ (patrz) wręczonym jej tydzień po tej i następnej (6 lipca) wizycie, tj. 13 lipca 2017. Krętackie i manipulatorskie uzasadnienia (w postaci takiegoż zaprezentowania ‘zachowań i stanowisk’ „Dyrekcji” w tym dniu) absurdalnych powodów zwolnienia wprowadził od pierwszych zdań ‘notatki’ ogólnikową informacją o dezaprobacie „Dyrekcji” ‘zaleceń biskupa’ (co stanowi ‘powód’ nr 2 ‘wypowiedzenia’). Przez termin „Dyrekcja” najprawdopodobniej rozumie p. dyrektor Lucynę Wojeńską, ale też i mnie, a może nawet przede wszystkim mnie... Jest to absurdalne, bo zarządzanie Przedszkolem we wszystkich aspektach, również w tym natury ‘technicznej’, dla którego ustanowiono mnie zastępcą dyrektora, tj. w sprawach wychowania (nadzoru pedagogicznego), a na pewno we wszystkich trzech sprawach, w których próbowano z p. Lucyny zrobić ‘kozła ofiarnego’, leżało całkowicie w statutowych i rzeczywistych kompetencjach p. dyrektor, jedynej dyrektor Przedszkola Karmelki.

Oświadczam, że ani ja, ani p. Renata Sęk nie posiadaliśmy żadnych uprawnień zarządczych, upoważniających nas do działania w imieniu Przedszkola Karmelki. Nie posiadaliśmy żadnych upoważnień uprawniających nas do podjęcia jakiejkolwiek materialnej decyzji w odniesieniu do Przedszkola. Jako dobrze poinformowani i zasłużeni oraz kompetentni (wiedzą pedagogiczną i ogólną) pracownicy byliśmy jej doradcami i czasem też udzielaliśmy w jej imieniu informacji klientom, kiedy była nieobecna. Swoje działania na szczeblu wyższym niż tylko podstawowa praca nauczycielsko-wychowawcza (zajmująca większość mojego czasu) ograniczałem do koordynowania ogólnoprzedszkolnego wysiłku pedagogicznego w zakresie standardów i jakości nauczania, pomagania nauczycielkom i rodzicom w rozwiązywaniu problemów wychowawczych i tworzenia sztandarowych ‘produktów’ Karmelek w postaci scenariuszy i ważnych składników ich treści dla najważniejszych programów, prezentacji i występów Przedszkola. Gwoli przykładu zapraszam do otworzenia zakładki ‘Uroczystości, wykłady etc.’ i przeczytania mojej relacji z realizacji jednego z takich moich scenariuszy (‘Jubileusz 5-lecia’) tudzież (poniżej) jednego z moich wykładów (‘Sztuka mierzenia w wychowaniu’). Do zapewniania wysokiej jakości pedagogicznej Przedszkola zobowiązani byli wszyscy nauczyciele Karmelek, ja zaś, z uwagi na moje doświadczenie, wykształcenie i kulturę, miałem im w tym pomagać, wskazywać drogę lub korygować kierunek, a gdy zachodziła potrzeba, wspomagać ‘na wybojach’, zawsze motywując do twórczego mobilizowania wszystkich mocy duchowych i fizycznych poprzez dawanie wszystkiego z siebie. Moje wzory postępowania z dziećmi nie zawsze dawały się przejąć przez inne nauczycielki, zawsze jednak przecież inspirowały je do godnych pochwały wysiłków, przez które stawały się lepszymi pedagogami.

Pani Lucyna Wojeńska ceniła mnie i p. Renatę Sęk również za uczciwość, moralną prawość i lojalne dbanie o interesy Przedszkola (w tym spójne z nauczaniem dzieci postępowanie własne w odniesieniu do majątku Przedszkola, przeciwstawianie się marnotrawstwu, etc.). Można powiedzieć, że dawaliśmy kadrze dobry przykład i oczekiwaliśmy podobnego postępowania od wszystkich. Takie też postępowanie poświadczamy u naszych koleżanek.

Dlaczego piszę o tym teraz? Skąd ta ‘dywagacja’ po tym jak zacząłem zgadywać definicję słowa „Dyrekcja” użytego przez księdza? Czy ksiądz nie wiedział, jak zarządzane jest Przedszkole Karmelki, czy też celowo używa słowa „Dyrekcja” oraz, jak w zdaniu przytoczonym na wstępie, „państwo Wojeńscy”, by sugerować czytelnikowi/słuchaczowi, że Przedszkole zostało przejęte przez Wojeńskich i traktowane jest przez nich jak rodzinny biznes? Żadne z zadanych przez niego pytań w dniu 4 lipca, w którym złożył swoją pierwszą wizytę w Przedszkolu, stanowiącą materiał do skomponowania ‘wypowiedzenia umowy o pracę’ pani dyrektor, nie dotyczyło sposobu funkcjonowania Przedszkola. Żadne! Jedyne jego pytania mające związek z Karmelkami, podkreślę, jedyne jego pytania dotyczyły przedszkolnej kasy! Plus mimochodem rzucone żądanie akt osobowych i arogancka deklaracja, już od samego wejścia, o przejęciu władzy (z woli biskupa etc.)... Czyż to nie ironia i kpina z nas wszystkich, że te 3 elementy zostają cynicznie ułożone przez p. Bernaśkiewicz w ‘wypowiedzeniu’ jako powody usunięcia p. Lucyny, tej wspaniałej i zasłużonej kobiety, z dzieła jej życia?!

Najwidoczniej ks. Domirski, nie mający najmniejszego pojęcia o funkcjonowaniu Przedszkola, nafaszerowany był zabójczą dawką uprzedzeń od swoich mocodawców, w tym ks. Polaka i ks. Mielnickiego. Otrzymał od nich określone zadanie, które polegało na ‘przywróceniu własności’ Parafii, czyli swobodnego dysponowania majątkiem Przedszkola. Tej sprawy jednak nie może jawnie wyartykułować. Dlaczego? Przecież jeżeli jest to prawda i jest to słuszne, należy to powiedzieć wprost! Skąd ten kamuflaż? Skąd wstyd? Tak, wstydzi się przyznać, że kurii i jemu zależy na ‘własności’ w celu jej arbitralnego wykorzystania, więc z ‘cienia’ swojej ukrytej, wstydliwej podświadomości, potencjalnie oskarżającej jego samego, zarzut ten jawnie przenosi na mnie i p. Lucynę, którzy z pożądaniem tak rozumianej ‘własności’ mają niewiele wspólnego... Osoby zorientowane pewnie zauważyły, że nawiązuję tu do, nader interesującej i wyjaśniającej wiele zachowań ludzkich, jungowskiej koncepcji archetypu (czyli, upraszczając, form, ‘bazy danych’, skłonności do myślenia w określony sposób, tkwiących w zbiorowej podświadomości) archetypu zwanego „cieniem”, ciemnej strony osobowości, a bardziej konkretnie alter-ego tłumionego przez świadomą część umysłu i, rzecz ciekawa i istotna, często projektowanego na innych. „Cień” uosabia wszystko, czego podmiot nie chce uznać w odniesieniu do siebie samego. Z dużą ulgą przenosi się go na innych. ‘Cień’ nie jest moim problemem, to jego problem...

Zauważmy, że ksiądz nie pisze, dlaczego ja miałbym w ogóle poruszać taki temat, którego konkluzją miałoby być rzekome moje ‘stwierdzenie’, że ‘Przedszkole Parafialne Karmelki jest nasze’. Pojawia się to ‘ni z gruszki ni z pietruszki’. À propos czego miałbym tak powiedzieć? Czyżby znowu coś ksiądz ukrył? Niestety, tak jest na każdym kroku. Czy można mi się dziwić, że jego ‘notatkę’ nazywam nędzną elukubracją i ramotą? Nie zachowuje w niej jakichkolwiek choćby pozorów rzetelności, choćby w przybliżeniu relacjonując to, co się wydarzyło. Podaje jakieś szkaradne uproszczenia zachowań i wypowiedzi osób, które mają okazać się winne. Zaborcze, aroganckie, chamskie i niekompetentne... Sądzę, że i te insynuacje projektuje na nas z własnego „cienia”...

A co z tym ‘naszym Przedszkolem’? Otóż ksiądz rzeczywiście wywołał temat ‘własności’ wielokrotnie i uporczywie powołując się na to, że jako proboszcz jest właścicielem Przedszkola. Tak! Właśnie on to powiedział i to wielokrotnie. Był to jego drugi, prócz ‘zaleceń’ biskupa, sztandarowy argument, choć z mniejszym tupetem wypowiadany, iż może z Przedszkolem zrobić, co mu się podoba, w tym też zostać jego dyrektorem. Mało tego, dawał ‘ciekawe’ przykłady, potwierdzające jego sposób myślenia. Jeden z nich powtórzony był również na Radzie Pedagogicznej dwa dni później, 6 lipca: „Czy właściciel Suempola nie może przyjść do swojego zakładu i zwolnić dotychczasowego dyrektora oraz mianować się dyrektorem na jego miejsce?” Tak wygląda, proszę księdza, dokładne przytaczanie wypowiedzi wraz z ich kontekstem! Kiedy zwróciłem mu uwagę na to, że Przedszkole nie jest prywatnym folwarkiem, ale jest instytucją edukacyjną, i nie podlega przepisom o działalności gospodarczej, ale prawu oświatowemu, gospodarząc społecznymi finansami w określonym szczytnym a wrażliwym społecznie celu, którym jest wychowywanie małych dzieci, wycofał się z przykładu. Ale nie z bycia właścicielem... w dalszym ciągu przecież, specyficznie folwarcznie przez niego rozumianym. Świadczy o tym między innymi to jak wydaje przedszkolne pieniądze. Bo właścicielem w rozumieniu bycia głównym administratorem, prawdziwą osobą (‘organem’) prowadzącą, osobiście zainteresowaną funkcjonowaniem i rozwojem placówki nawet być powinien... Takiego proboszczowskiego właścicielstwa nikt, komu zależało na dobru Przedszkola, nie kontestował, a komu jak komu, ale p. dyrektor i nam, nauczycielom Przedszkola, bardzo na tym by zależało. Takim właśnie ‘właścicielem’ był ks. Tadeusz Kryński, takim nie chciał być i nigdy nie był ks. Henryk Polak (za to okazał się hamulcowym, szkodnikiem i pasożytem). Jeszcze 2 lipca mieliśmy złudzenia, że prawdziwym właścicielem będzie ks. Zbigniew Domirski. Ale zaraz się okazał ... usprawnioną wersją ks. Polaka (we wszystkich 3 aspektach wymienionych w nawiasie), przewyższającą go jednak w brutalności i hucpiarstwie.

Nie o takim właścicielstwie jednak rozprawiałem wtedy z księdzem. Ten jednak wyraźnie zaprezentował się jako właściciel, który przyszedł do swojej własności (prywatnej! słowo to wielokrotnie padało w odniesieniu do Przedszkola), żeby pogonić zbyt aroganckich parobków. I tu wstyd, o którym wyżej pisałem, nie pozwolił mu jawnie powiedzieć na czym wina owych parobków (p. dyrektor Lucyny Wojeńskiej i moja) miałaby polegać. A właśnie 'owa wina' stanowi rzeczywistą jego definicję słowa ‘właściciel’, której ksiądz nigdzie nie ujawnia. Jako beneficjum parafii Przedszkole ma zapewniać bilansowanie jej niektórych wydatków (jak się okazuje, dość znacznych, np. utrzymanie kościelnego, zyskiwanie pieniędzy z ‘karuzeli węglowej’ etc...). Tak, potraktował nas jak zwykłych roboli, którzy za bardzo dbają o interes Przedszkola, pozbawiając parafię należnych (jego zdaniem) pożytków. Zadbali o dobrą, wypasioną, dojną kondycję – świetnie – ale teraz wypad... Oczywiście w jego słowach były różne wersje „świetnie” i „wypad”, ale ‘naszego grzechu’ nie wykrztusił ksiądz z siebie. I mimo iż wylał na p. dyrektor i mnie potworną arogancję, wciąż z nim chciałem rozmawiać. Pytałem o przyczyny jego i biskupiej ‘niełaski’. Zwracałem uwagę, że traktowanie Przedszkola jako proboszczowskiej własności, którą można przejąć jak prywatną firmę, jest niewłaściwe. Placówka powstała dzięki inicjatywy, pracowitej determinacji i wyrzeczeń najpierw p. Lucyny i ks. Tadeusza (którym pomagałem koncepcyjnie i jako nauczyciel), a następnie p. Renaty Sęk, a potem i innych jeszcze nauczycieli, którzy pod kierunkiem p. Lucyny rozwinęli to wspaniałe dzieło. Powstało ono w tych murach poklasztornych prawie z niczego (tzn. bez żadnych finansowych grantów ze strony parafii i tym bardziej kurii), a wszelkie fundusze potrzebne do swojego rozwoju uzyskiwało dzięki przemyślności, organizacyjnych i ekonomicznych umiejętności p. Lucyny. Gdzie tu ksiądz, pytałem, widzi swoją własność? Czy jakieś instytucje parafialne (lub choćby kasa parafii), ksiądz lub biskup zrobili coś, co pozwoliłoby im posługiwać się uczciwie i moralnie tytułem ‘właściciel’? Przedszkole jest dziełem określonej wspólnoty, którą stanowi dyrektor, nauczyciele, rodzice z dziećmi i szeroko rozumiana parafia. Ksiądz jako reprezentant parafii może więc mieć zaszczyt bycia reprezentantem właściciela, ale nie może arbitralnie, nie podając żadnego uzasadnionego powodu, odbierać tego dzieła jego rzeczywistym współposiadaczom, uważając się za prywatnego właściciela jakby jakiejś swojej firmy. Z moralnego punktu widzenia, kto jak kto, ale najbardziej zasłużona dla jego powstania i rozwoju osoba, czyli p. Lucyna Wojeńska, jego założycielka i dyrektor zajmuje w tym ‘zbiorowym właścicielu’ poczesne, pierwsze miejsce. Jeszcze raz, z moralnego punktu widzenia... Na pewno takiego moralnego miejsca w prawdziwym właścicielstwie nie posiada jeszcze zuchwały urzędniczyna świeżo mianowany przez kurię na zarządcę parafii, ale dobierający się bezczelnie do czegoś, co powstało zdrowiem, trudem i potem kogoś, kogo, ot, swoim i biskupim widzimisię, on teraz wyrzuca ze stanowiska (i z pracy!)

Taka była rozmowa, z takimi argumentami z mojej strony. I co chciał z tego zapamiętać ów ‘urzędnik’? Jako stoi w jego elukubracji. W zasadzie więc to, co się wstydził wyrazić w swoich wywodach, w podłej insynuacji (i bardzo nieudolnie) przypisał mi. Bo określenie nasze (‘ich’), mimo całej wieloznaczności, na pewno wielu osobom skojarzy się jako roszczenie materialnego posiadania.

Wstydliwe ukrywanie prawdziwych myśli uwidacznia się również w zastosowaniu do siebie przez księdza w dalszej części notatki zeufemizowanego określenia ‘reprezentant właściciela’, choć w tej rozmowie, a także innych, które z nim przeprowadziłem, zawsze mówił o sobie ‘właściciel’ oraz lubił nazywać Przedszkole ‘prywatnym’ (bez bliższego wprawdzie określenia ‘kogo’, ale niedwuznacznie wskazującego na niego). Otóż ksiądz naprawdę uważa się za właściciela Przedszkola i nie sądzę, by zrozumiał moje wywody wtedy przeprowadzone. Stąd to jego przygłupawe zdanie, które tak długo analizujemy. Mam nadzieję, że nie tracę jednak czasu, bo przy okazji może być dogłębniej rozpoznana prawdziwa natura tego osobnika. On naprawdę pytał o pieniądze jako o swoją kasę! Bo przyjrzyj się, drogi Czytelniku, dalszej części jego ‘notatki’, gdzie pisze o, uwaga, uwaga, o „parafialnej kasie”...! Czy to zwykły ‘czeski błąd’? Zapewniam Państwa, że cały tok jego rozumowania, jego roszczenia, jego słownictwo, a nade wszystko jego działania świadczą, że kasę przedszkolną (!) traktował jako kasę parafialną, bo bez zbędnej zwłoki zasilił braki tej obfitością tamtej. Wszystko: i kierowane do mnie insynuacje, i jego eufemizmy, i jego (chciałbym wierzyć, ha, ha...) ‘lapsusy’ – to stwory z jego sfery „cienia”, wypartej, wstydliwej, a oskarżającej go, mentalności...

Ciąg dalszy wkrótce...