Scenariusz afery wyłaniający się z dokumentów i faktów

21 stycznia 2018

W poprzednim poście wykazałem, że kł. in. Domirski przyszedł na spotkanie rady pedagogicznej dn. 6 lipca po południu tylko, by, jak się niedługo okazało, znaleźć pretekst, w swoim mniemaniu, formalny, by nie dotrzymać (uzurpatorskich i aroganckich, ale sprawiających wrażenie ustępstwa) „propozycji kadrowych” p. Lucynie Wojeńskiej, legalnej dyrektor Przedszkola Karmelki, złożonych 4 lipca i omawianych także na radzie właśnie wtedy, 6 lipca, dotyczących mianowicie wstępnie przez nią zaakceptowanego stanowiska „wicedyrektor”. Skoro miałaby jako wicedyrektor robić wszystko, co dotychczas, proponowano, by nic nie zmieniać przez najbliższy rok szkolny. Jako opcję proponowano też stosowny tytuł proboszczowi Domirskiemu, np. ‘dyrektor generalny’. Propozycja padła z moich ust i została podchwycona przez koleżanki. Księdzu się też podobała. Na samą zaś ideę ‘rocznego status quo’ ksiądz również zareagował dość przychylnie, by na koniec złożyć całą odpowiedzialność za „ostateczną decyzję”, w postaci biskupiego dekretu, na kurię, a konkretnie na ks. Mielnickiego, drohiczyńskiego dyr. od katechez. Kł. Domirski milczy w swojej notatce o rzeczywistych sprawach omawianych na radzie z jego udziałem. O „pozostawaniu p. Lucyny Wojeńskiej na stanowisku wicedyrektora” pisze w kontekście jakiegoś tajemniczego ultimatum, ale go nie precyzuje i nawet nie pomaga zrozumieć, na czym miałoby polegać zagrożenie tego „stanowiska”, jakie słowa wypowiedziane na Radzie Pedagogicznej mogłyby skutkować wprowadzeniem ‘sankcji’ (jakich???) Jego koncyliacyjna mowa i takiż język ciała mogły sugerować jedną z 2 opcji: 1) kuria wyrazi zgodę na roczną vacatio ‘zaleceń’ biskupich, umożliwiającą lepsze wzajemne poznanie się i wspólne opracowanie statutu Przedszkola, akceptowalnego dla wszystkich stron; 2) nie wyrazi zgody i zarządzi realizację ‘zaleceń’ w ciągu, załóżmy, 2 miesięcy, a wtedy ksiądz przyjdzie z propozycją zmiany statutu, zgodnie z którą zostanie jako proboszcz dyrektorem Przedszkola, wicedyrektorem zaś (jak to ustalił 4 lipca i podtrzymywał 6 lipca), rzeczywiście zarządzającym Przedszkolem, z dotychczasowymi uprawnieniami i obowiązkami, będzie p. Lucyna Wojeńska. Ani ja, ani p. Lucyna Wojeńska, nie znaleźliśmy w słowach i gestach księdza niczego, co sugerowałoby trzecią opcję, mianowicie 3) zwolnienie p. Lucyny z zajmowanego stanowiska i z pracy... Wydawało się to tak absurdalnie niekonsekwentne na tle tego, co proboszcz usłyszał, zobaczył i powiedział, że domagało się jakiegoś ‘spiskowego’ przekonania o niewiernej intrydze ze strony księdza, by odczuwać niepokój z możliwości realizacji takiej opcji.  Z perspektywy tego, co się stało zaraz na następnym spotkaniu księdza z p. Lucyną Wojeńską, na którym wręczył jej ‘wypowiedzenie’ z groźnie (i już nie koncyliacyjnie!) wypowiedzianymi tezami („a mogła Pani być wicedyrektorem” albo „jak pójdzie Pani do Sądu, przedstawię podpisane świadectwa mobbingowanych pracownic”), należy za najbardziej prawdopodobny, ale i moralnie niesłychanie poważnie obciążający kurię i proboszcza, następujący scenariusz:

1) Ks. Polak chciał zwolnić p. Lucynę i mnie; będąc jednak skompromitowanym (sprawa „katechez”, „dozorcy”, „węgla”) nie czuł się psychicznie ani formalnie na siłach, aby to zrobić (sformułowanie konkretnych zarzutów – nie umiał tego zrobić i choć dostał z Przedszkola potrzebne dokumenty [zob. jego pismo i odpowiedź p. Lucyny], a inne bezprawnie ‘przechwycił’ [zob. notatka], musiałby polegać na umiejętnościach p. Bernaśkiewicz, która miała być dostępna w pełni dopiero za kilka miesięcy);

2) Nie mogąc sobie poradzić z finansami parafii i nie mogąc dotrzymać obietnicy zatrudnienia „dozorcy” jako kościelnego [zob. notatka]; nie potrafiąc też zmierzyć się z domniemanym ‘panaceum’ na trudności finansowe parafii w postaci zwolnienia pani dyrektor i przejęcia Przedszkola, zdesperowany i przygnębiony ks. Polak składa rezygnację ks. biskupowi z probostwa w Karmelu;

3) Świta ks. biskupa, przed, w trakcie i po jego ‘wizytacji’ w parafii (a szczególnie aktywny tu był ks. Mielnicki, ‘przyjaciel’, jak o nim mawiał ks. Polak) ‘zaleca’, by Przedszkole przejął proboszcz, był jego dyrektorem, co oznacza, że musi zwolnić dotychczasową dyrektor, a zwłaszcza „jej męża”, ‘nie szanującego proboszcza’, zbytnio przywiązanego do kwestii ‘zgodności z prawem świeckim’, otwarcie kwestionującego prawo proboszcza do przerzucania na Przedszkole finansowych obciążeń parafii i w którym upatrują hamulec i przyczynę braku bilansowania się ogromnych zobowiązań finansowych parafii, zaciągniętych przez ks. Polaka; być może w odniesieniu do p. Wojeńskiej gotowi są na pewne koncesje (niewykluczone stanowisko zastępcy dyrektora, w innym bowiem wypadku musiałaby doraźnie, przynajmniej przez jakiś czas, Przedszkolem zajmować się emerytka Bernaśkiewicz);

4) Do wykonania zadania wybrany zostaje następca ks. Polaka, mianowicie ks. Domirski, zaś koordynacją jego działań zająć się miał ‘przyjaciel’ ks. Polaka, mianowicie ks. Mielnicki; ks. Polak ‘przekazuje’ mu panią Bernaśkiewicz z ‘owocami jej pracy’; dalej zaś ks. Domirskim, kompletnie nie znającym ludzi i sprawy steruje ks. Mielnicki; bezwzględnie ma doprowadzić do zwolnienia p. Stanisława Wojeńskiego, a także p. Lucyny, o ile ta dobrowolnie się nie podporządkuje ‘zaleceniom’ ks. biskupa, tj. jemu jako nowemu, ‘biskupiemu’ dyrektorowi Przedszkola;

5) 3 lipca urzędnicy kurii wzmacniają powagę i autorytet ‘zmian’, odczytując p. Lucynie ‘zalecenia’ biskupa; sądzą, że pod tak przemożnym autorytetem p. Wojeńska się ukorzy i nie będzie zadawać pytań, jeżeli zaś nie będzie jej to odpowiadać, też chyba sama powinna odejść bez większej wrzawy; chociaż wezwana zostaje też pani kierownik Warsztatu, to tylko p. Lucyna postawiona jest przed pytaniem, czy akceptuje swoje usunięcie z pełnionego przez siebie stanowiska, w zamian którego niczego jej nie zaproponowano (zob. wpis dot. 3 lipca);

6) 4 lipca ks. Domirski przychodzi do Przedszkola i w pierwszych słowach komunikuje o swoim braku zaufania do „dyrekcji” – czyli do p. Lucyny, a zwłaszcza do mnie (powiedział to explicite „Z Panią to się jeszcze dogadałbym, ale z Panem...”); jego plan polega na doprowadzeniu do zwolnienia obojga, albo zatrzymania tylko p. Lucyny na surowych ‘kurialnych’ warunkach; zgodnie z podpowiedzią ks. Polaka (który żalił się, że wszystkich dokumentów mu nie wydano), w celu zastawienia pułapki (prymitywnej, głupiej i opartej tylko na naiwnych wyobrażeniach ks. Polaka) żąda dokumentów, w tym teczek osobowych i informacji finansowych; zaraz jednak rozmawia z nauczycielkami, słyszy same dobre rzeczy o pani dyrektor, za którą wstawiają się panie i obiecuje jej, że skonsultuje się z ks. Mielnickim (zob. wpis dot. 4 lipca);

7) Jeszcze tego samego dnia, ‘skonsultowany’, proponuje ‘wicedyrektorstwo’ p. Lucynie. Ta pyta o p. Wojeńskiego i p. Sęk i zaprasza na Radę Pedagogiczną 6 lipca; instrukcja Mielnickiego (usta i ręce ks. Polaka) nie obejmuje jednak ‘skazanego’ już na odstrzał „Pana Stanisława”;

8) Ks. Mielnicki wyraźnie mówi ks. Domirskiemu, że p. Stanisława nie obejmuje żadna abolicja; jeżeli na radzie pedagogicznej sprawa ta będzie stawiana zbyt sztywno, trzeba będzie zwolnić obojga;

9) Ks. Domirski relacjonuje ks. Mielnickiemu stanowisko rady i to, jak stanowczo ujęła się za swoimi zastępcami p. Wojeńska;

10) Ks. Mielnicki każe zwolnić obojga...

11) Zgodnie z dyspozycjami ks. Polaka, który wskazał ‘pracownicę’ przedszkola, przez którą można złamać lojalność przynajmniej części kadry, ks. Domirski przeprowadza akcję korumpowania umysłów niewieścich (mogła ona się rozpocząć jeszcze przed 6 lipca, ale momentum osiągnęła 6 i 7 lipca); ks. Domirski jest już pewien, że ‘pracownice’ go akceptują jako nowego dyrektora, choć nie uzyskuje od nich żadnych dających się wykorzystać ‘haków’ na „Wojeńskich”;

12) p. Bernaśkiewicz, absolwowana już z „mechaniaków” i oddana do całkowitej dyspozycji nowemu ks. proboszczowi przez p. Margańskiego, obeznana już jako tako z funkcjonowaniem Przedszkola dzięki dokumentom, które dostarczyliśmy w kwietniu ks. Polakowi (zob. pismo), opracowuje z ks. Domirskim powody zwolnienia p. Lucyny Wojeńskiej; dobierają odpowiedni opis ex post facto do elementów zaplanowanej ‘pułapki’ z dnia 4 lipca (z dosyć bezradnej, ale w pełni dostosowanej do żądań reakcji p. Lucyny prokurują wrogą i nihilistyczną postawę aroganckiej dyrektor i wymyślają jej negatywistyczny stosunek do ‘zaleceń’ biskupich); na podstawie danych z jej teczki osobowej (miał ją ks. proboszcz jako jej pracodawca) p. Bernaśkiewicz w rozpoznawalnym stylu tworzy ów zdradziecki dokument (zobacz);

13) zostaje on jej wręczony w opisanej scenerii dnia 13 lipca 2017 (zob. wpis dotyczący tego dnia).

Podobne ‘wypowiedzenie’ zostało przygotowane oczywiście i dla mnie; chociaż 4 lipca ks. Domirski nie zażądał żadnej (konkretnej) teczki osobowej, a nie chciał wymienić konkretnie mojej (zresztą, po rozmowie z nauczycielkami chyba zapomniał, albo nie miał czasu, by się o nią upomnieć), p. Bernaśkiewicz najprawdopodobniej posiadała wystarczające dane o mnie, dzięki którym mogła wypisać ‘wypowiedzenie’ mojej umowy o pracę. W gruncie rzeczy miał ksiądz szczęście, że tego zrobić mu się nie udało (z powodu mojego pobytu na urlopie, o czym nie doinformowano go). Bowiem o ile „przyczyny zwolnienia” p. L. Wojeńskiej były żałośnie kłamliwe i tylko zastosowanie ewidentnie stronniczego zabiegu formalnego uniemożliwiło ich obalenie w pierwszej rozprawie, o tyle wszelkie sklecenie przez księdza „przyczyn mojego zwolnienia” (a mogę domyślić się, jakiego mogły być rodzaju, choćby po nikczemnej insynuacji kł. Domirskiego w jego 'notatce z 6 lipca’: „Pani Nomen1 Cognomen oświadczyła, że ona i inne pracownice przedszkola są poddawane mobbingowi przez Pana Stanisława Wojeńskiego.... etc...”; zob. wpis) i skuteczne jego wręczenie, utorowałoby drogę do sprawy sądowej, która, choć przykra dla obu stron, skończyłyby się, jak ufam, dla księdza dotkliwą infamią. Zapewniam, że w adekwatnej odpowiedzi z mojej strony w Sądzie i to osobistej, bez żadnych pośrednictw, poznałby boleśnie skutki swojej arogancji, łgarstw i chciwości, a nie wątpię, że z tego, co podczas mojej obrony własnej godności wyszłoby wtedy na światło, zadowoleni nie byliby również tacy ‘beztroscy dobrodzieje’ ks. Domirskiego, jak ks. Polak, ks. Mielnicki i ks. biskup Pikus.

Zaiste, żałosne jest to, jak ci i podobni kurialni urzędnicy kreują rzeczywistość za pomocą dumnych pieczątek! P. Lucynę bowiem zwalniał przedstawiciel organu prowadzącego przedszkole (tu stosowny dokument ks. Domirskiego), ale mnie musiałby zwolnić już jako dyrektor tego przedszkola! „Voilà... otom z łaski wikariusza generalnego dyrektor przedszkola Karmelki. Zostałem-ci nim tym to dekretem w on dzień 6 Jula AD 2018!” Tak... wygląda, jak byśmy się cofnęli do czasów feudalnych, bo tylko wtedy można było szkołę parafialną uznać za przedmiot obrotu, wraz z ludźmi, dziećmi i kasą, między biskupem a jego proboszczem.

Mówiąc jaśniej: wobec przedszkola Karmelki biskup nie miał prawa ingerować żadnym prawomocnym dekretem w  funkcjonowanie, zarządzanie i personalia tej instytucji oświatowej, założonej wprawdzie przez parafię, ale podlegającej wyłącznie polskiemu prawu oświatowemu w sferze organizacyjno-finansowej, poza tym ustawie o rachunkowości, prawie pracy i ochronie danych osobowych, ale nie prawu kanonicznemu (a nie sądzę, by i ono było arbitralne i głupie)! Rozumiemy teraz, że wyłgiwanie się z odpowiedzialności przez ks. Domirskiego dekretem ks. biskupa wtedy, na radzie pedagogicznej, było zwykłą blagą! I nie ma znaczenia to, że naiwny ks. Domirski mógł wierzyć w skuteczność ‘kanonicznej woli’ ks. biskupa (zob. wpis z18 stycznia).

Takiej wiary nie mieli już kurialni urzędnicy, którzy takiego dekretu, dotyczącego rozstrzygnięć postulatów i innych spraw związanych z zarządzaniem Przedszkolem, rozważanych na Radzie Pedagogicznej 6 lipca, ani nie wygłosili, ani nie wydrukowali, ani nie podbili dumnymi pieczęciami! Raz, że się im już nie chciało, dwa, że nie mieli konceptu, a trzy, wiedzieli, że to ściema i bali się ewentualnej kompromitacji lub kary biskupiej. (?) Wystarczyła więc ‘gęba’ ks. Mielnickiego... Ale podczas zwalniania p. Lucyny ks. Domirski nie mógł powstrzymać się od pokazania jej, z dziecięcą wiarą, dekretu o swoim mianowaniu na dyrektora! Jak zatem ks. Domirski mógł inaczej mnie zwolnić owego dnia? No cóż, po zwolnieniu p. Lucyny, już następnej minuty samo-mianowałby się dyrektorem i... sprawa załatwiona. Cóż, a co dalej...? Chyba jednak ksiądz miał szczęście, że uniknął przetestowania tego scenariusza ze mną... wtedy. Póki żyjemy, nic jednak nie jest przesądzone...